Jimi Hendrix

Aktualizacja: 24 wrz 2018





Niezwykła fotografia.



I jej niezwykła historia:

"Edytor Rave zadzwonił do mnie i umówiliśmy się w Covent Garden Studio. Wygladało na to, że Terry (Rave) jest gotów by natychmiast przystąpić do pracy. Powiedział "Mike, czy zechcesz sfotografować nowego gościa w mieście, który nazywa sie Jimi Hendrix? Czy słyszałeś już "? Jimi ma tylko pół godziny czasu. Potem ma umówione interview. Poradzisz sobie z tym? " Pewnie. 22 letni, urodzony na Old East End fotograf, nie mógł przepuścić takiej okazji. Zapach Jimiego uderzył mnie zanim weszłem do studia. To była petunia. Jimi miał na sobie welwetowy żakiet, białą koronkową koszulę i z jego fryzurą afro, wyglądał bardzo niezwykle. Gdy spojrzałem przez obiektyw pożyczonego Hasselblada, zobaczyłem, że jego afro znika na niebieskim tle backgroundu. Założyłem czerwony, teatralny filtr na stroboskopowy reflektor umieszczony za jego głową. Pokazałem Jimiemu próbnego polarojda i on zachwycił się tym zdjęciem. Kiedy skończyłem pracę, pomyślałem, że całkiem nieźle mi poszło. Niedawno jeden z artystycznych krytyków nazwał to zdjęcie ikoną. Rave był bardzo zadowolony z tych zdjęć. Obiecał, że po wykorzystaniu, wydawnictwo je zwróci, ale tak się nigdy nie stało. Na szczęście zostawiłem sobie jeden negatyw. Później dowiedziałem się że i negatywy i fotografie, przechowywane przez Rave'a zostały w jego piwnicy pogryzione przez szczury i zalane wodą. Duża strata. Było tam sporo znakomitych zdjęć muzyów z lat sześćdziesiątych. W szaleństwie stawania sie wziętym fotografem, zapomniałem o tym negatywie na 40 lat. W latach osiemdziesiątych stałem się komercyjnym wydawcą. Wyjechałem do Los Angeles, a pudła z moimi pracami wyemigrowały wraz ze mna. W 1994, po słynnym trzęsieniu ziemi, moje materiały wylądowały w garażu mojego asystenta, Robby'ego. W 2010, Robby zadzwonił do mnie i spytał czy mogę odebrać te pudła. Wyobraźcie sobie moją radość, gdy wypatrzyłem twarz Jimiego pod grzybem zasłaniającym negatyw. Zajęło mi kilka lat skanowanie i odzyskiwanie każdego piksela tej fotografii. Ale udało się. Jestem z tego ogromnie dumny."

Mike Berkofsky

"Bycie bogiem to działalność uboczna. Podstawowa dzialalność to nagrywanie płyt, długie godziny w studio. Tłuczenie do znudzenia często jednego kawałka. Zmęczenie trasą i marzenie by chwilę odpocząć.... "

Andrew Loog Oldham



Jimi z bratem Leonem


Dzieciństwo Jimiego nie było łatwe, a sytuacja rodzinna mocno była skomplikowana.Napiszę jak to widzę, po przeczytaniu sporej ilości publikacji, pełnych różych plotek i sprzecznych ze sobą przypuszczeń. Szesnastoletnia Lucilla Jeter zakochała się mocno w Jamesie Allenie Hendrixie, zwanym Alem. Al był świetnym tancerzem i niezwykle czarującym chłopakiem. Lucilla dość szybko zaszła w ciążę i postanowili z Alem się pobrać. Byli wtedy bardzo zgodną i mocno zakochaną parą. Tuż po ślubie (trzy dni) w marcu 1942 roku Al dostał powołanie do wojska i wyjechał.

Lucilla zostala sama i wkrótce [27 listopada] ta 17-sto letnia, niedawno jeszcze uczennica, została matką. Ochrzciła syna John Allen i takie były początkowo imiona Hendrixa. Nazywano go Johnny. Lucilla bardzo źle radziła sobie w tej roli. Nie dostała żadnego finansowego wsparcia od armii. Matka, niedawno owdowiała i też nie była w stanie jej pomóc. Lucilla była tak z racji słabego zdrowia, jak i niezwykłej urody, rozpieszczaną panienką. Rola samotnej matki ją przerosła. Na wniosek babki Clarice Johnnym zajeła się kościelna instytucja opiekuńcza. Clarice wkrótce umarła a Johnnym zajęła się jej cioteczna siostra, zamieszkała w Kaliforni. Johnny wyjechał do Kaliforni gdzie miał wspaniały dom i czułą, serdeczną opiekę cioci babci i jej trójki dorosłych już dzieci. Jeszcze pod koniec służby wojskowej do Ala dotarły informacje, że Lucilla spotyka się z innym mężczyzną. Informatorem był ktoś z bliskiej rodziny samej Lucilli. Rozważał rozwód, ale wtedy do niego nie doszło. Po wyjściu z wojska w 1945 roku [odsłużył trzy lata ] Al zabrał syna od cioci-babci i wraz z Lucillą wprowadzili się do siostry Lucilli, Dolores. To właśnie ciotka Dolores przezwała Johnnego Buster i to przezwisko strasznie do niego przylgnęło. Gdy Johnny skończyl cztery lata, ojciec zalatwił mu urzędową zmianę imienia na James Marshall i powiadomił syna, że od tej pory ma na imię Jimi. Powodem zmiany imienia była zazdrość. Al podejrzewał, że John, to imię kochanka Lucilli. Mały Hendrix wpadł w rozpacz, bo nauczył się już u cioci-babci podpisywać John. Rodzice bardzo często i bardzo ostro się kłócili . Al miał napady zazdrości i urządzał piekielne awantury. Często dochodziło do rękoczynów z obu stron. Jimi bardzo źle to znosił i na wszelkie sposoby usiłował godzić rodziców. Taki to byl kotłujący się dramat miłości, zazdrości i często nienawiści. Nie miał Jimi wtedy łatwego życia. W 1948 urodził mu się brat Leon, a w rok później Joseph. Lucilla często znikała na kilka dni, lub kilka tygodni, lecz zawsze wracała. Urodziła w tym okresie jeszcze dwoje dzieci. Były kalekami i zostały oddane do adopcji. Do adopcji trafił też Joseph. Dopiero pod koniec 1950, pewnego wieczora Lucilla odeszła by nigdy nie wrócić. Jimi wspominał, że matka pocałowała go i powiedziała: "Jimi, dzieciaku, wybacz mi, ja muszę od tego wszystkiego uciekać". Rodzice rozwiedli sie w 1951 roku. Al dostał wszelkie prawa rodzicielskie i opiekuńcze. Zabronił synom kontaktować się z matką. Chłopcy często urywali się ze szkoły, by potajemnie odwiedzić Lucillę, którą mocno idealizowali. Jimi zawsze, do końca życia, miał przy sobie to zdjęcie.




Niewiele miał do powiedzenia, a jeszcze mniej do ofiarowania Al Hendrix, gdy zabierał syna od cioci-babci.

Jimi wspomina: "Było mi bardzo dobrze w Kaliforni. Nie wyobrażacie sobie jak bardzo było mi źle i jak bardzo się bałem, kiedy zabrał mnie z tamtąd jakiś, zupełnie wtedy dla mnie obcy facet. To jedno z najgorszych wspomnień mojego dzieciństwa." W 1967 roku, Keith Altham, reporter "New Musical Expres" odwiedził londyńskie mieszkanie wynajmowane wspólnie przez Hendrixa i Chasa Chandlera. Wspomina: "W sypialni Hendrixa pod lampą sufitową zawieszone były dwa małe cherubiny. Jimi kupił te figurki w którymś charity shop. Zauważyłem, że jeden z aniołków ma złamana rękę i powiedziałem o tym Hendrixowi. Jimi usmiechnął się i odpowiedział: a widzisz, że potrafi latać nie gorzej od drugiego... Potem Chandler powiedział mi, że te anioły mają metaforyczne znaczenie dla Hendrixa. Zrozumiałem, że sam Hendrix potrafił wzlecieć, mimo złamanego dzieciństwa. Potrafił wznieść się ponad nie."

Twórca wspaniałych filmów muzycznych, Tony Palmer: "Jimi urodził się muzykiem. Urodził się by grać. To, czego brakuje większości muzyków, nazywa sie feeling. Hendrix miał go w nadmiarze. Wielkim cudem Jimiego było też to, jak potrafił przezwyciężyć swoją ogromną nieśmiałość. Dziedzictwo dzieciństwa. Nie wielu zdaje sobie z tego sprawę."



Jimi z ojcem i domowymi zwierzakami


W kilku publikacjach spotkacie się z wątpliwościami na temat ojcostwa Ala. Nawet jest parę słów we wspomnieniach samego Ala. Al nigdy nie wyrażał wątpliwości co do ojcostwa w przypadku Jimiego. Co do Leona, w okresie ciąży Lucille zrobił parę awantur na ten temat. Po urodzeniu Leona chwalił się jednak i zachwycał drugim synem. Natomiast nie przyznawał się do dzieci kalekich [trójki]. Jednak gdy zrzekał się w sądzie wszelkich praw ojcowskich do nich, podpisał pismo którego istotna część brzmiała: "Są to moje urodzone dzieci i zrzekam się wszelkiego prawa do stanowienia o nich....." Później, nawet w stanie najmocniejszego upojenia alkoholowego, Al nie wypierał się dwóch pierwszych synów. Denerwowało go pierwsze imię Jimiego {John} gdyż uważał, że Lucille nadała jego synowi imię kochanka, którego poznała w czasie służby wojskowej Ala. Dlatego je prawnie zmienił.

Wspomnienia Ala, ojca Hendrixa mają tytuł "Mój syn Jimi" jednak gro zawartego w nich materiału dotyczy tego jakim świetnym facetem był Al i jakie nieszczęścia spotykały go w życiu. W bardzo wielu książkach, w wypowiedziach wielu związanych z Jimim osób (w tym brata, Leona) w artykułach i wywiadach z samym nawet Jimim, jest wiele wypowiedzi bardzo niezgodnych z opowieściami Ala. Wyjątkiem jest Cross, który chyba słabość miał do Ala jakąś i często się z nim zgadza. Wspomnę tylko o jednej sprawie. Ciotki Jimiego i jego koledzy z lat dzieciństwa opowiadają, że ojciec często i bardzo mocno bił Jimiego. Sam Al jakoś o tym nie wspomina.



Dzień otwarty w Fort Ord w lipcu 1961 roku. Ten wojak z gitarą to Jimi


W styczniu 1962 roku Jimi sformował w forcie Campbell [Kentucky] grupę The King Kasuals. Z Jimim grali Billy Cox na basie i Gary Ferguson na bębnach. Okazjonalnie grywał z nimi major Charles Washington na saksofonie. To był podstawowy skład kapeli. Zdarzało się jednak, że z Jimim grywali muzykujący wojacy nie będący w składzie King Kasuals. Zespół grał w dwóch klubach fortu Campbell. Wyjeżdżali też na koncerty do Clarsville [Tennesse]. Np. 6 lipca 1962 roku zespół dał dwa koncerty w Clarsville. Pierwszy w klubie dla amerykańskich weteranów. Drugi, poźno-wieczorny w Clarsville Pink Poodle Club.

Pierwszy cywilny skład The Kings Kasuals. Zdjęcie fatalne, ale lepszym nie dysponuję a wydaje mi się cenne. Styczeń 1963 rok, Club Del Marocco w Nashville

Jimi Hendrix, Alphonso Young [druga gitara], Billy Cox, niezidentyfikowany perkusista i słabo tu widoczny Buford Majors na saksofonie. Kapela wystąpiła w tym klubie w koncercie świątecznym w grudniu i grali później regularnie jeszcze w styczniu i lutym. W marcu Jimiego zaangażowała grupa Hank Ballard and The Midnighters [śpiewała z nimi Aretha Franklin] na koncerty w Południowej Carolinie.

14 marzec 1963r. Charleston, South Carolina



Jimi bardzo mocno związany był z ojcem. Z każdego miejsca w którym się znalazł pisał do niego.

Z wojska:


I zdjęcie


na którego odwrocie Jimi też napisał ojcu parę słów



A wojakiem Jimi był fatalnym. Jak wspomina jego były sierżant, Jimi spał na służbie, dekował się po kątach i nie mógł pojąć wojskowej dyscypliny. Karne YES SIR zupełnie mu nie wychodziło i wyraźnie nie mógł się doczekać końca służby. Jednak okres ten był jakoś dla Hendrixa ważny. Bardzo chętnie opowiadał później o tym jak był komandosem i skakał na spadochronie.


Z kalifornijskiego turnee z zespołem Little Richarda



I z Europy



Ostatnia wizyta Jimiego w domu, w Seattle:

To wtedy opowiadał Jimi ojcu o planach poszerzenia składu zespołu o instrumenty dęte. Jednym z prezentów od Jimiego była wtedy koszula dla ojca. Całkiem możliwe, że to właśnie w tej koszuli Al się tu prezentuje.



Jimi i Fayne Pridgeon


W 1964 roku Jimi Hendrix zawitał do Harlemu. Miejsca, które nazywano wtedy "domem czarnej muzyki" Hmm.... Pomimo, iż Elmore James, Jimmy Reed czy Big Maybelle odnosili spore sukcesy, blues w Harlemie umierał. Społeczeństwo Harlemu chciało słuchać mocnego rhytm & bluesa, a ceniło artystów takich jak James Brown i tylko takiej muzyki chciano tam słuchać. Jimi wspomina, że już na samym początku usłyszał, iż muzycy tacy jak Muddy Waters są przeżytkiem i nikt ich nie słucha. Równie chłodny był stosunek mieszkanców Harlemu do rocka. Gusty Hendrixa zdecydowanie się różniły. Jego uwielbienie dla bluesa było niezachwiane, ale też bardzo chętnie słuchał progresywnego białego folku. Nie mniej inspirował go rock. Obok artystów tradycyjnego bluesa, Jimi najchętniej słuchał wtedy Boba Dylana i The Beatles. Jimi pojawił się w Harlemie jako zupełnie początkujący muzyk. Nie miał żadnego dorobku i mimo, iż nie chciał ulegać panującym tam muzycznym modom, sytuacja go do tego zmusiła. Był bezdomny i zupełnie bez środków do życia. Zgłosił się do konkursu muzycznego w Apollo Theater. Zagrał to, co chcieli uslyszeć. Wygrał i dostał w nagrodę 25 dolarów. Były to jedyne pieniądze jakie Jimiemu zapłacono. Później mógł grać już tylko za darmo.

Jimi: "Wkopałem się w to granie w Apollo Theater i dosłownie umierałem z głodu przez trzy tygodnie. Żyłem w fatalnych warunkach. Sypiałem w zsypach na śmieci wielkich czynszówek. To było piekło. Biegały po mnie szczury a karaluchy wykradały mi z kieszeni cukierek, który miał być moim śniadaniem. Próbowałem jeść nawet skórki od pomarańczy."


Jimi miał jednak szczęście. Poznał piękną i mocną kobietę, Fayne Pridgeon. Fayne, mimo iż nie była muzykiem, była w środowisku muzyków bardzo lubiana. Przyjaźniła się z Otisem Reddingiem i Little Williem Johnem. Fayne i Jimi bardzo przypadli sobie do gustu. Zbliżyła ich też miłość do bluesa. Spędzali całe godziny na słuchaniu płyt ukochanych bluesmanów z potężnej kolekcji matki Fayne. Pridgeon była zauroczona znajomością i rozumieniem bluesa Hendrixa. Wspomina, iż pierwszym wspólnie słuchanym bluesem byl utwór "Anna Lee" Elmora Jamesa. Opowiada też, iż Jimi często słuchał wielokrotnie tego samego kawałka. Podnosił igłę, sam grał na gitarze i śpiewał jakiś fragment, po czym znowu kładł iglę na płytę.

Pridgeon widziała jak ciężko znaleźć Jimiemu sensowne granie w Harlemie. Postanowiła mu pomóc. Poprzez przyjaciół załatwiła spotkanie z Isley Brothers. Jimi zrobił na nich pozytywne wrażenie. Początkowo uzyskał pozycję gitarzysty w zespole supportujacym występy Isley Brothers, ale szybko dołączył do zespołu.

W tym czasie, zwrócił na Jimiego uwagę szef wytwórni nagraniowej Sue Records, Juggy Murray. Murray nagrywał płyty Ike'a i Tiny Turnerów a od czasu wydania ich singla "A Fool in Love" zaczął się bardzo na rynku muzycznym liczyć. Murray tak opowiada o pierwszym spotkaniu z Jimim. "Poszliśmy do Smalls Paradise gdzie zawsze brzmiała dobra muzyka. Występowali Isley Brothers i Hendrix grał z nimi na gitarze. Grał zębami, za plecami, był niesamowity. Gitarowy szatan. W czasie przerwy dałem mu wizytówkę. Potem przyszedł do mojego biura i podpisaliśmy umowę."

Murray miał nadzieję, że Jimi będzie dla niego kolejnym Ikem Turnerem i pozwoli mu znowu zabłysnąć. Ale Jimi Turnerem nie był.


Murray: "Po podpisaniu umowy Jimi był w studio tylko dwa razy. On nie był Ikem i nie wiedziałem jak z nim zrobić przebój. Chciał być tylko gitarzystą bluesowym i rockowym, więc jak miałem z nim zrobić hit? Próbowaliśmy dwóch różnych rzeczy, ale nic nam nie wychodziło."

Panowie nie byli w stanie się zrozumieć. Jestem pewny, że później Murray mocno tego żałował. Jimi nadal grał z Isley Brothers. Myślę, że ze wszystkich grup z którymi Jimi grywał wtedy, współpraca z Isley Brothers była najsensowniejsza. Miewali starcia. Jimi nie chciał zakładać uniformu i protestował przeciw graniu dokładnie tych samych dźwieków każdej nocy, jednak to tylko Isley dali mu możliwość nagrywania w studio.

Z Isley Brothers w Atlantic Studio


Jednak Jimi "dusił" się w takiej formule jaką proponowali Isley. To absolutnie nie było to, o co mu chodziło. Myślę, że surowe solo Hendrixa w "Testify"najlepiej pokazuje na co było go stać. Jimi stawał sie coraz bardzie niespokojny i wkrótce grupę opuścił.


Po odejściu od Isley Brothers Jimi przyjął pseudonim Maurice James i dołączył do zespołu Little Richarda. Ich współpraca była krótka acz burzliwa. Richard miał bardzo maleńką tolerancję do wszystkiego, co uważał za naruszenie jego autorytetu a Jimi nie był wystarczająco posłuszny. Były spięcia co do ubioru i zachowania na scenie. Richard też zarzucał Jimiemu, że jego gra i zachowanie odwraca uwagę od głównej gwiazdy, czyli od niego. Ale to nie te nieporozumienia były powodem odejścia Jimiego. Hendrix: "Zrezygnowałem z powodu nieporozumień finansowych. Richard nie chciał płacić. Po pięciu i pół tygodniach grania za darmo, odszedłem. Nie możesz żyć obietnicami gdy jesteś w trasie. Nie najesz się tym. Musiałem zrezygnować."

Stabilne koncerty {i zarobki} znów stały się marzeniem. W tej trudnej sytuacji Jimi czerpał siłę z pięknej relacji z Fayne. Zamieszkali razem w Harlemie. Często żyli na hot dogach, bo nie było ich stać na nic lepszego. Zdarzało się, że Jimi kupił sukienkę dla Fayne czy bluesowego winyla, a potem brakowało na czynsz.

W 1965r. Jimi pracował jako gitarzysta sesyjny z kapelami Joey Dee and The Starliters i Curtis Knight and The Squires. Nie były to popularne kapele i koncerty z nimi nie były w stanie zapewnić Hendrixowi utrzymania. Jimi szukać musiał dodatkowych źródeł dochodu. Wyjściem były krótkie trasy z Kingiem Curtisem i innymi muzykami.


Jimi Hendrix, Joey Dee i Wilson Pickett

Jimi: " Byłem już tym wszystkim bardzo zniechęcony. Miałem dość. Granie wciąż tych samych dźwięków mnie dobijało. Byłem tylko figurą w cieniu. Po za zasięgiem wzroku i bez znaczenia. Miałem głowę wypełnioną muzyką i pomysłami, ale potrzebowałem do tego ludzi a nie łatwo było ich znaleźć. Miałem przyjaciół w Harlemie i mówiłem im - chodźmy razem do Village i zróbmy coś. Ale oni byli zbyt leniwi albo za bardzo się bali. Chcieli też bym zagwarantował im pieniądze. Tłumaczyłem, nie dostaniesz pieniędzy od razu, bo to my chcemy coś im dać. Trzeba umieć zrezygnowac z kilku rzeczy na początek. Nie chcieli sie ruszyć. Poszedłem do Village sam i nareszcie mogłem zacząć grać tak jak chciałem."

Sfrustrowany brakiem sukcesu i mocno juz zniechęcony życiem w Harlemie, Hendrix przeprowadził się do Greenwich Village. W Village dominowała folkowa muzyka, ale ogromna ilość pubów i klubów nocnych dawała szansę zaistnienia bardzo różnorodnym artystom. Hendrix bardzo szybko poczuł ducha Village. Zaaklimatyzował się błyskawicznie i doskonale radził sobie w tym środowisku.

Jimi: "W Village ludzie byli zupełnie inni niż w Harlemie. O wiele bardziej przyjaźni. Nie mogłem już znieść Harlemu. Nigdzie nie spotkałem tak nieprzychylnych ludzi. Zaczepki, często agresja. Miałem długie włosy, ale dbałem o nie. Często je wiązałem lub starałem się coś z nimi zrobić. Ubierałem sie też tak, by dobrze się czuć. W Harlemie wystarczyło wyjść na ulicę, by na każdym kroku slyszeć: o co to jest? Jakiś czarny Jezus. Albo co to za błazen? Najgorsze było to, że kumple z zespołów mi dokładali."

Hendrix zaczął się pojawiać w klubach. Zaprzyjaźnił się z liczącymi się w Village artystami, takimi jak John Hammond Junior. Zaczął grać w jamach. W "Night Owl" jamujący muzycy dostawali darmowe posiłki.

Hendrix: "Zmieniłem imię na Jimi James i założylem grupę The Blue Flames. Wszystko zaczęło się układać."

Z.L.


Szóstego stycznia 1966 roku Jimi oglądał wielkie bluesowe widowisko w Apollo Theater w Nowym Jorku. Widowisko zatytułowane było "Blues Revue Show" i wystąpili w nim: Sonny Terry & Brownie McGhee, T-Bone Walker, John Lee Hooker, Muddy Waters i Bo Diddley. Jimi był zachwycony spektaklem. Jimiemu towarzyszyła na koncercie Lithofayne Pridgeon, którą Hendrix zapoznawał w tym czasie z tajnikami gry na gitarze [i nie tylko]. Pridgeon wspomina, iż po koncercie Jimi powiedział jej, że zamierzał zrezygnować z grania rhytm and bluesa w swej karierze lecz po tym koncercie zmienił zdanie. Już w dwa tygodnie później Jimi wysłał kartkę pocztową do ojca. Jest na niej jedno zdanie które wiele mówi. Oto pełna jej treść:

Drogi Tato. Piszę kilka słów, żeby zawiadomić was, że ze mną wszystko w porządku w tym ogromnym i obszarpanym mieście, Nowym Jorku. Mam nadzieję, że wszyscy macie się dobrze. Powiedz Leonowi, że przesyłam mu pozdrowienia. Niedługo napiszę do was dłuższy list i postaram się przesłać jakieś fajne zdjęcie. Życzę Ci byś czuł się dobrze i by wszystko u Ciebie było OK. Powiedz Benowi i Erniemu, że gram teraz bluesa jakiego oni nigdy nie słyszeli. Dbaj o siebie. Jimi


Jimi miał zwyczaj pisać i rysować na hotelowych papeteriach. Robił notatki, pisał teksty piosenek, listy. Planował zawartość płyt i składy muzyków.......





Rysynki. Jimi też malował. Dwa z jego obrazów pokazałem w temacie Art




W kwietniu 2013 roku na londyńskim Soho przy 8 Ganton Street ruszył Jimi Hendrix Pop-Up Store. Od 1 do 12 kwietnia sklep świętował wydanie płyty People, Hell and Angels. W sklepie można było kupić zdjęcia, płyty, książki, oraz różne ciekawe pamiątki związane z Hendrixem. Pierwszego kwietnia Janie Hendrix podpisywała książkę "Jimi Hendrix the ultimate lyric book" 6-tego kwietnia w sklepie był Gerd Mankowitz. Opowiedział o swoich spotkaniach z Jimim i podpisywał zdjęcia, które można było nabyć w sklepie. Były wsród nich unikalne, niepublikowane egzemplarze.


Londyn. Soho. Ganton Street numer 8

Sklep był niewielki, lecz dwupoziomowy. Na parterze kupić można było płyty, książki, fotografie, plakaty i inne "akscesoria" z Hendrixem związane.



Tutaj, na ścianie trzy z kolekcji zdjęć z autografem Mankowitza. Ceny...bagatelka, od 1750 do 2200 funtów za sztukę.



DVD, CD i pięknie wydane winyle


Jeden ze strojów Jimiego. Przywieziony przez Janie Hendrix autentyk. W trosce o samopoczucie nie zapytalem o cenę...

By odwiedzić drugi poziom trzeba było zejść schodami do podziemia. W wejściu powitał nas plakat Jimiego reklamującego firmę Fender.



Tutaj można było zdjąć ze stojaka wybranego "Strata"

Pograć na nim.

i jeśli wola, kupić gitarę, samą lub z całym fenderowskim "osprzętem".



W sklepie przewijało się mnóstwo ludzi w bardzo różnym wieku i nie mniej różnej aparycji. Mnie szczególnie utkwiła w pamięci taka scena. Mocno starszy pan z wnuczkiem. Chłopak mógł mieć najwyzej 12-ście lat. Dziadek opowiadał mu, bardzo emocjonalnie, o Jimim i jego muzyce. Dzieciak był wdzięcznym i zainteresowanym słuchaczem. W rękach trzymał płyty Jimiego. Myślę, że prezent od dziadka. Może kiedyś ten 12-sto latek opowie o Jimim swoim dzieciom i wnukom.




Jimi i Blues

Na okładkach, przedstawionej powyżej, plyty "Jimi Hendrix: Blues" widnieją podobizny trzydziestu trzech artystów, których muzyka zainspirowała Hendrixa. Niezbyt do tego towarzystwa pasuje Curtis Mayfield, muzyk zdecydowanie soulowy. Może też nie do końca {mimo inspiracji} Ike Turner i Chuck Berry. Pozostała trzydziestka to prawdziwa elita Bluesa. Na pewno blues nie był jedyną muzyką słuchaną przez Jimiego na początku jego muzycznej drogi. Był jednak muzyką słuchaną, w tych pierwszych latach, najczęściej i miał na młodego Hendrixa wpływ najistotniejszy. Al [ojciec] wspomina, iż pierwszymi singlami Jimiego były płytki BB Kinga i Muddy'ego Watersa. Jimi chętniej wydawał pieniądze na płyty niż na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Al opowiadał, jak zasmuciło go, gdy Jimi kupił płyty, zamiast bardzo potrzebnych butów [skutkiem "zasmucania" Ala, zawsze było solidne lanie]. Były to głównie płyty bluesowe, choć jak większość dzieciaków dorastających w latach 50-siątych, Hendrixa fascynowały narodziny rock and rolla. Elvis Presley, Chuck Berry, Little Richard. Jednak w latach 60-siątych Jimi zdecydowanie wraca do bluesa. Richie Unterberger uważa, że mogło to być skutkiem lat spędzonych na południu Stanów. Chociaż zespoły, w których wtedy grywał do bluesowych raczej trudno było zaliczyć, grający w nich muzycy znali i cenili bluesa. Przeważnie wiedzieli o bluesie dużo więcej niż ich publiczność.

Można by napisać sporą ksiażkę o tym tylko, którzy bluesmani byli inspiracją dla Hendrixa. 28 stronicowa książeczka, dołączona do pierwszego wydania płyty "Jimi Hendrix: Blues" mogłaby stanowić jej podstawę. Jednak niektóre spekulacje, jak np. informacja, iż Jimi nauczył się wielu zagrań od podróżującego bluesmena Eddiego Kirklanda z Georgii w 1956 roku, wydają się być mocno naciągane.

Na pewno spory wpływ na Hendrixa miała muzyka BB Kinga. Na wzór Kinga, Hendrix robił pomiędzy gitarowymi riffami przerwy na partie wokalne. U BB Kinga [do czego sam się przyznaje] spowodowane było to tym, iż miał spory problem z jednoczesnym graniem solówek gitarowych i śpiewaniem. Dla Hendrixa nie było to trudne. Uważał jednak, że taki styl jest ciekawy i charakterystyczny dla bluesa. Zastosował to np. w "Red House". Jimi uhonorowal Mister Kinga coverem "Rock Me Baby".


Za artystę, który najbardziej zainspirował Hendrixa wokalnie, uważany jest {słusznie} Bob Dylan. Jednak myślę, że i od Muddy'ego Watersa wziął co nieco. Choćby ten żartobliwy i bardzo efektowny "Watersowski" ton, który słyszymy np. w "If 6 was 9". Watersa uhonorował Jimi coverami "Mannish Boy" i "I'm Your Hoochie Coochie Man".

Od Watersa zaczęło się zainteresowanie Chicagowskim Bluesem spod znaku "Chess". Kolejnym bluesmanem, który Hendrixa zafascynował był Howlin' Wolf. To coverem jego bluesa "Killing Floor" rozpoczął podbój Ameryki na festiwalu w Monterey.


BB był jednym z kilkunastu Kingów bluesa. A byli to prawdziwi królowie. Gdy Jimi spotkał Alberta Kinga był zachwycony tak jego niezwykłym, ognistym tonem gitary, jak i umiejętnością łączenia bluesa z funky-soulem. Ucieszyło go też bardzo, leworęczne granie Mister Alberta. Band of Gypsys nagrali w studio słynny utwór Alberta Kinga "Born Under a Bad Sign".


Jeszcze mocniej, co bardzo interesowalo Hendrixa, łączył bluesa z soulem, a też "białym" rockiem Freddie King. Tego muzyka "poznał" Jimi jednak dopiero w UK i niejako z drugiej ręki. Usłyszał gitarę Claptona w coverze utworu Freddiego "Hideway" i mocno go to zafascynowało {Clapton z John Mayall BluesBreakers 1966 rok}. The Experience nagrali też w studio cover Earla Kinga "Come On [Let the Good Times Roll]". Myślę, że Jimiego fascynowały efekty slide-guitar. Sam, co prawda nie grał nigdy klasycznego bottleneck, jednak stosował podobne efekty, np. w "Foxy Lady". Myślę, że inspirowała go właśnie "jazda rurką po gryfie". A że kochał to, może świadczyć ilość płyt w jego kolekcji, gdzie można się tą techniką zachwycić {Elmore James choćby}. Fascynował go też styl Buddy'ego Guya. Zarówno muzyczny jak i sceniczny. Można to usłyszeć w ciężkich, soczystych kawałkach z mocnym tonem efektu fuzz.

Kathy Etchingham w udzielonym w kwietniu 1996 roku wywiadzie dla "Guitar Player": "Ludzie nie będą się ze mna zgadzać, ale ja uważam, że on {Jimi} byl bluesmanem. Jimi potrafił grać z każdym i wszystko. Czy to był jazz, czy to byl folk. Ale to blues był jego muzycznym terytorium. Jego światem. Każdy, kto mówi, że on grałby jazz, myli się. Grałby bluesa. Popatrzcie na jego płyty."

Co do jazzu, nie do końca się z panią Kathy zgadzam.

Z.L.


Buddy Guy "My story"

"W 1967*] zagrałem w Avalon Ballroom w San Francisco. To było moje pierwsze granie na hippisowskiej scenie. Ja nie szukałem kontaktu z hippisowskimi kapelami, ale oni znaleźli mnie. Jefferson Airplane zaproponowali mi bym otworzył ich występ. Byłem trochę zdenerwowany przed wystepęm w Avalonie. Ci biali hippies-muzycy lubili moje granie, ale ich fani niekoniecznie. Jednak to co im zagrałem, kawałek mówiący o fajnym seksie, był trafionym wyborem. Moje zderzenie z hippisami umożliwiło mi występ w Nowym Jorku. Byłem podekscytowany, bo pierwszy raz grałem w tym wielkim mieście. W czasie przerwy w koncercie, Waterman powiedzial mi - Hendrix jest tutaj. Chciałby coś nagrać z tobą. Myśli o wspólnym jamie. Pamiętałem, że obiło mi się o uszy nazwisko Hendrix w czasach Toronto, ale nie miałem pojęcia kto to jest. Nie znałem żadnych jego nagrań i nie rozumiałem o co ten szum. Dobra -powiedziałem - zgadzam się na nagranie. Umów nas. Pojamuje z nim. Hendrix przyszedł z dużym szpulowym magnetofonem, który postawił na froncie sceny. Nie pamiętam jakie kawałki graliśmy, ale pamiętam, że Hendrix nie miał żadnych problemów z włączeniem się. On miał mocno dzikie spojrzenie, ale bardzo grzeczne i nieśmiałe maniery. Kiedy przyszedł czas na jego solo, usłyszałem, że gra dobry blusmen, który jak ja, szuka nowych brzmień i nie wpada w panikę, jak trochę zbłądzi z drogi. Jimi miał pedał wah-wah i używał go bardzo trafnie. Earl Hooker miał wah-wah wcześniej, ale Hendrix używał go z dużo większym wyczuciem. Potrafił dużo więcej z tym zrobić. Po tym secie Hendrix podziękował mi i powiedział - ty jesteś jednym z moich nauczycieli. Poczułem się podbechtany, aczkolwiek nie pamiętam bym dostał jakieś honorarium za lekcję. Nigdy więcej nie spotkałem już Hendrixa osobiście".


*] Pamięć trochę Buddy Guya zawiodła. To było 7 kwietnia 1968 roku.

"We wrześniu przyszły wieści z Londynu na temat Jimiego. Hendrix zmarł w wieku 27 lat. Następnie przyszły wiadomości z Los Angeles że, także w wieku 27 lat zmarła Janis Joplin. Te dwie śmierci złamały moje serce. Nie znałem bliżej żadnego z nich, ale nasze ścieżki się krzyżowały. Widziałem ich wielkie talenty i zapowiedź pięknych karier. Myślę, że Jimi nie miał "specjalnych idoli". Inni byli wcześniej. Też ćpali. Myślę o takich muzykach jak Ike Turner, Earl Hooker a szczególnie Johny "Guitar" Watson. Ale tylko Jimi miał jaja by wnieść gitarę na szczyt góry wzmacniaczy Marshalla i walnąć tak, że zmarłych mógł obudzić. On zrozumiał, że te dzieciaki jego epoki tego właśnie pragną. Janis miała swoich idoli. Na pewno Ette James i Tine Turner. Śpiewała jak czarna i udowodniła, że kolor skóry nie ma związku z głębokością duszy. Janis miała duszę, tak jak i Jimi, ale jak Jimi, była spadającą gwiazdą. Zalśnili wspaniale, by szybko zgasnąć. Smutne."


Buddy Guy



Buddy Guy opowiada o swoim zderzeniu z kulturą hippies w San Francisco. To w tym mieście narodzilł się ruch hippies i w tamtych latach było ono przez tą kulturę zdominowane. Tętniły nią ulice i parki, kawiarnie a też galerie, teatry i sale koncertowe. Przez kilka lat "dzieci kwiaty" rządziły miastem.

W lutym 1968 roku, Bill Graham impresario z San Francisco zorganizował serię ośmiu koncertów w których, przez cztery kolejne noce, zagrali też The Jimi Hendrix Experience. Pierwsze dwa koncerty miały miejsce w czwartek, pierwszego lutego, w Fillmore Auditorium. Zagrali The Experience, Soft Machine, John Mayall Bluesbreakers i Albert King. Kolejne koncerty, drugiego, trzeciego i czwartego lutego odbyły się w dużo większym audytorium w Winterland Ballroom. W piątek i sobotę zespół zagrał również z Soft Machine, grupą Mayalla i Albertem Kingiem, ale w ostatnich, niedzielnych koncertach nastąpiła zmiana. Obok The Experience i Alberta Kinga wystapili Big Brothers and the Holding Company, których wokalistką była Janis Joplin. The Experience byli w świetnej formie przez cały ten czas i dali znakomite koncerty. Bill Graham przeniósł koncerty z Fillmore do dużo wiekszego Winterland Ballroom. Dodrukowano też w trybie błyskawicznym bilety i zwiększono ilość miejsc ich dystrybucji, by sprostać ogromnemu popytowi. Kolejki zwiększyły się jeszcze, gdy po awanturze z perkusistą Soft Machine, Robertem Wyattem, Graham zrezygnował ze współpracy z tą kapelą. Impresario natychmiast zakontraktował na ich miejsce Big Brothers and The Holding Company. Ten band, ze względu na wokalistkę, przyciągał tłumy. Prawdopodobnie w hołdzie dla Alberta Kinga, Jimi zmienił repertuar w finalnym koncercie. Zrezygnował z chwytliwych przebojów [ z wyjątkiem "Purple Haze"]. Zespół zagrał inne, jeszcze bardziej oscylujace w kierunku bluesa wersje "Killing Floor" i "Red House" po raz pierwszy też w tej serii koncertów zabrzmiał "Catfish Blues". Mitch Mitchell zaprosił Buddyego Milesa na scenę, by przejął za niego perkusję w przedostatnim kawałku. Tak o tym opowiada Mitch w swojej książce. "Słyszałem Buddy'ego Milesa z Electric Flag w Monterey i pomyślałem wtedy, Jezu chciałbym usłyszeć jak Jimi brzmiałby z nim. Gdy graliśmy w San Francisco, na jednym z gigów był Buddy. Powiedziałem: Zrób mi przyjemność, siądź za bębny i zagraj". Hendrix zagrał instrumentalną wersję "Dear Mr. Fantasy" z Milesem zamiast Mitcha. Mitchell wrócił na scenę by zagrać w kończącym koncert "Purple Haze". Amatorskie nagranie tego koncertu znalazło się później na oficjalnym bootlegu wytwórni "Dagger Records" "Jimi Hendrix. Paris 67/San Francisco 68.


Jimi filmuje Janis i chłopaków z jej kapeli




Kathy Etchingham mówi z dużym przekonaniem, że jazz nie miał wpływu na twórczość Hendrixa. Myślę, że się myli. Jimi nagrał bardzo ciekawe sesje jazzowe w ich nowojorskim mieszkaniu. Były sesje z gitarzystą Wesem Montgomerym i pianistą Jimim Smithem. Była sesja z pianistą Jakim Byardem i sesja z wielkim Charlesem Lloydem [ależ chciałbym to usłyszeć!] Choć  Etchingham uważa, że było to mało istotne, w muzyce Hendrixa zawsze były jazzowe zagrania [np. "Third Stone from the Sun" ma bardzo jazzowy nastrój]. Hendrix bardzo lubił Rolanda Kirka. Zachwycał się jego multi - instrumentalizmem i bardzo cenił łamanie wszelkich konwencji przez tego muzyka. Bardzo cenił i często słuchał Milesa Davisa. Poważnie przygotowywał się do grania z Milesem. Niestety nie doszło do tego. W późnych latach 60-siątych chętnie jamowal z jazzmenami. Zarejestrowane są grania z Larrym Youngiem i Johnym Mc'Laughlinem. Płyt niestety nie ma. Można śmiało powiedzieć, że to byłaby droga, którą wybrałby w przyszłości (sam o tym mówi w ostatnich wywiadach). Londyńscy dziennikarze muzyczni pisali, że te jamy były wstępem do nowego kierunku w jazzie.


Wielki autorytet, Allan Douglas pisał, że Jimi dążył wyraźnie w kierunku jazzu.

Podobnego zdania jest Peter Doggettt autor "Jimi Hendrix the complete guide to his music"

Sporo pisał o tym wielki Hendrixolog Richi Unterberger.

Nie chodzi o to, że Jimi miałby grać jak Wes Montgomery, John Mc'Laughlin czy ktokolwiek inny. Jimi stworzył zupełnie nową muzyke. Bardzo chętnie grywał i równie chętnie rozmawiał o muzyce z jazzmenami. Nie tylko dziennikarze, również wielu jazzowych muzyków miało przekonanie, że Jimi stworzy nowy styl w jazzie. Otworzy nowy rozdział. Z ich rozmów z Hendrixem wynikało, że i sam Jimi jest zainteresowany takim kierunkiem rozwoju. A JAZZ to najbardziej otwarta i stale ewoluująca forma muzyki. Różnica między sztuką Jimiego i innych współczesnych gitarzystów jazzowych mogłaby być zbliżona do tej między np. Django Reinhardtem a Johnem Mc'Laughlinem. Obaj zrewolucjonizowali jazzową gitarę, lecz niewiele już mają ze sobą wspólnego. Jedynym muzykiem spoza ścisłego jazzowego getta, którego zdjęcie znalazło sie na okładce Jazzwise, jest właśnie Jimi Hendrix. To bardzo znamienne, bo ten wyśmienity, uważany za najlepszy w Europie periodyk, zajmuje się wyłącznie jazzem. W podwójnym numerze z grudnia 2002/stycznia 2003 przeczytać można potężny artykuł o Jimim i jego niemałych powiązaniach z jazzem.


Miles Davis o Jimim: "W 1968 słuchałem najchętniej genialnego gitarzysty Jimiego Hendrixa..."

"Jimiemu podobało się to, co zrobiłem na Kind of Blue i kilku innych płytach i chciał dodać trochę jazzu do swoich rzeczy. Lubił muzykę Coltrane'a, ze wszystkimi tymi płaszczyznami, sam grał podobnie na gitarze.... powiedział, że słyszy w mojej grze na trąbce typowo gitarowe frazy..."

"Jimi był bardzo fajnym facetem, cichym, bardzo skupionym, zupełnym przeciwieństwem tego, co o nim ludzie sądzili..."

"Kiedy zaczęliśmy się spotykać i gadać o muzyce, dowiedziałem się, że nie czyta nut........Mnóstwo jest wielkich muzyków, czarnych i białych, którzy nie potrafią czytać nut. Znałem ich i szanowałem... Wcale więc w moich oczach nie zmalał. Jimi byl wspaniałym, urodzonym muzykiem samoukiem. Potrafił podłapać różne rzeczy od każdego, a podłapywał momentalnie".

"Albo puszczałem mu jakąś płytę swoją lub Trane'a [Coltrane'a] i tłumaczyłem jak to robiliśmy. A potem zaczął to wszystko wsączać we własne albumy. Kapitalna sprawa".

"Wpłynął na mnie, a ja na niego. Tak powstaje wielka muzyka."



Wieloczęściowe "Impromptu" Jimiego, to jego mocno jazzowy eksperyment.



JImi Hendrix: ... Nie chcę więcej grać na gitarze zębami. Nie chcę błaznować, ale robię to ze względu na publiczność. Widzieli to raz i od tej chwili oczekują tego ode mnie zawsze. A ja ulegam. Wbrew sobie....


Eric Burdon: "Biedny Jimi był niczym najszybszy rewolwerowiec, którego każdy chciał pokonać. Aż zapędził się w ślepą uliczkę. Chciał grać jazz, chciał być artystą, kręcić filmy, chciał malować. A tymczasem wszyscy chcieli oglądać płonącą gitarę."


IJimi planował wielkie zmiany. Szkoda, że nie udało mu się ich zrealizować.



Często natrafiam we wszelakich publikacjach na porównywanie twórczości Jimiego do muzyki Johna Coltrane'a czy Charliego"Birda" Parkera. Dlaczego? Jimiego łączy z wymienionymi muzykami wielka muzyczna inteligencja i intuicja. Niezwykła zdolność improwizacji i bardzo nowatorskie podejście do muzyki. Jimi, podobnie jak wymienieni Panowie, zrewolucjonizował podejście do instrumentu. Nadał mu nową wartość. A czy to gitara elektryczna, czy saksofony, nie jest już tak istotne. Muzyka jest Muzyką. Bill Graham, menager, organizator koncertów [również Jimiego] opowiadał, że w rozmowach z nim Hendrix nieraz mówił o zafascynowaniu muzyką Louisa Armstronga. Jimi uważał, że to dzięki Armstrongowi trąbka zaczęła brzmieć prawdziwie. Czy bardzo ryzykowne byłoby stwierdzenie, że dokładnie to samo zrobił Jimi Hendrix dla elektrycznej gitary?




Jimi często mawiał, że jego głowę nieustannie wypełnia muzyka. Tak było. Muzyka była życiem Jimiego. Prawie nieustannie była obecna. Grał na gitarze, a jeśli akurat na niej nie grał, lubił gdy była zawsze pod ręką. Słuchał płyt i często przygrywał razem z muzyką płynącą z nich, lub zatrzymywał płytę, by zagrać i zaśpiewać słyszany przed chwilą kawałek, lub jego fragment. Bardzo często coś cicho nucił. Komponował, pisał teksty piosenek. Miał swoje sposoby notowania muzyki. Nie znał nut. Być może nie ułatwiało mu to życia, jednak nie miało żadnego wpływu na wartość jego muzyki. Obok wielkiego talentu i równie wielkiej pracowistości, Hendrix dysponował niezwykłą pamięcią muzyczną. Był też bardzo otwarty na wszelkie gatunki muzyczne. Poświadcza to zawartość jego płytowej kolekcji.


Kolekcję płyt Jimiego Hendrixa, Kathy Etchingham sprzedała w 1991 roku słynnej londyńskiej galerii Sotheby's za 2420 funtow. Od galerii kolekcję odkupiło muzeum Experience Music Project w Seattle [bardzo niezwykłe miejsce] i tam można kolekcję oglądać dzisiaj. Według oceny muzeum, jej wartość {ze względu na pierwszego właściciela} tysiąckrotnie przewyższa sumę uzyskaną przez Etchigham. Na niektórych okładkach płyt są niewielkie rysunki czy drobne zapiski Jimiego. Na innych osobiste dedykacje muzyków, którzy mu je podarowali. W kolekcji znajdziemy bardzo obszerny zbiór płyt bluesowych. Są tam plyty Johna Lee Hookera, Elmore'a Jamesa, Jimmy'ego Reeda, Juniora Wellsa, pierwszego i drugiego Sonny'ego Boya Williamsona....Jest też wielu bardziej "zabytkowych" bluesmanów: Robert Johnson, Charlie Parker, Leadbelly. Nie lekceważył Hendrix również bluesa granego przez białych muzyków z obu stron oceanu. W kolekcji są wszystkie {z tego okresu} płyty Johna Mayalla. Są w niej też nagrania Charliego Musselwhitea i innych białych grających bluesa. Jest w kolekcji imponująca ilość płyt z brytyjskim rockiem. Oczywiście Jimiego bardzo interesowali gitarzyści, tacy jak Eric Clapton, czy Peter Green, jednak i rocka znajdziemy tu bardzo różnorodnego. Jest np. płyta zespołu, którego muzykę po raz pierwszy nazwano comedy-rock. To "The Doughnut in Grannys Greenhouse" grupy The Bonzo Dog Bands. Jest album Georga Harrisona z 1968 roku "Wonderwall Music" {muzyka filmowa} który był, prawdopodobnie prezentem Harrisona dla Jimiego. Na pewno natomiast, prezentem od Briana Jonesa była płyta Ravi Shankara "Sound of The Sitar". Brian Jones stawał się aktualnie buddystą i płyta ma dość specyficzną dedykację. W kolekcji jest też sporo płyt jazzowych. I tradycyjnych jak Louis Armstrong i współczesnego jazzu. Dużo jest płyt Coltrane'a i Milesa Davisa. Są oczywiście płyty bardzo przez Hendrixa lubianego Rahsaana Rolanda Kirka. Nie zabrakło też Johna Mc'Laughlina. Wielkie bogactwo muzyki. Obok pieśniarki gospel Clary Ward, Johnny Cash. Jimi bardzo chwalił jego "At Folsom Prison". Obok nieco dziwacznej psychodelicznej grupy z Texasu The Red Crayola mocno ambientowa i bardzo futurystyczna płyta grupy Zodiac "Cosmic Sounds". Tutaj po raz pierwszy trafił na płytę syntezator Mooga. Były płyty Dylana, płyty Jamesa Browna, Otisa Reddinga, Dr Johna. Nie zabrakło też klasyki. Na półkach Jimiego były płyty "Planety" Holsta czy "Mesjasz" Hendela. Była też muzyka organowa Bacha. Myślę, że spory katalog by trzeba napisać. Ciekaw jestem czy muzeum w Seattle pokusiło się o taką publikację.


Na pytanie dziennikarza z "Guitar Player", którą płytę Hendrix wyróżniał, do której wracał najczęściej, Pani Etchingham odpowiedziała: "To był longplay z 1964 roku "I Standed Out As a Child" słynnego satyryka i wielkiego kpiarza Billa Cosby'ego". Jimi chyba nigdy nie przestanie zaskakiwać...

Z.L.



Leslie West. Lider grupy Mountain

West wspomina spotkanie z Hendrixem w 1969 roku.

"Pewnego wieczoru Jimi przyszedł do klubu nocnego w Nowym Jorku. Ja wpadłem tam, by spotkać się ze Stevem Millerem. Steve skończył właśnie granie i wyszedł, kiedy podszedł do mnie Jimi i spytał - chcesz pojamowac brachu? Z Jimim znaliśmy się już wcześniej. Spotkałem go w studio Record Plant. Mountain robili tam wtedy "Clim Bing!" a Hendrix pracował nad "Band of Gypsys". W klubie nie mieliśmy żadnego sprzętu, ale wynajmowaliśmy (Mountain) poddasze w odludnej, opuszczonej części Manhattanu. To było kilkanaście przecznic od tego klubu. Jak pamiętam, to byla 36 ulica. Pojechaliśmy limuzyną Jimiego. Na tym poddaszu mieszkał mój menager. Obudziliśmy go, chyba około drugiej w nocy. Zszedł na dół i otworzył nam drzwi. Był wielkim fanem Hendrixa, więc o mało nie dostał zawału, gdy zobaczył Jimiego. Poszliśmy na górę i od razu zaczęliśmy grać. Jimi grał na basie, ja na gitarze. Wydawało mi się to całkiem zgrane, ale jestem pewny, że Jimi mógł zgrać się z każdym. On kochał granie, a był też kapitalnym, dogadanym kumplem. To moje ulubione wspomnienie o nim."



Jimi, gdy zastanawiał się nad tekstem lub muzyką, zarysowywał różnymi "esami-floresami" kartki papieru. Zostawiał takie "świstki" w hotelach, samolotach, kawiarniach....Czasem trafiały w ręce fanów i kolekcjonerów. Ta trafiła do Billa Nitopi'ego:




W czerwcu 1966 roku przyleciała do Nowego Jorku słynna dwudziestoletnia londyńska modelka Linda Keith. Przyleciała miesiąc wcześniej od swojego chłopaka Keitha Richardsa z Rolling Stones. Linda mogła mieszkać w zarezerwowanym wcześniej przez Richardsa apartamencie w Holiday Inn, wolała jednak wprowadzić się do mieszkania swoich przyjaciół Roberty Goldstein i Marka Kaufmana przy 57 ulicy.

W tydzień później poszła z przyjaciółmi do Cheetah Club, gdzie z zespołem Curtisa Knighta grał Jimi. Hendrix bardzo zainteresował Lindę. Poprosiła Kaufmana, by po występie zaprosił Jimiego do ich stolika na drinka.


Linda:

"Jimi przyszedł i rozmawialiśmy dość długo. Chciałam się dowiedzieć kim jest, skąd przybywa, z kim jeszcze gra i jakiej muzyki słucha. Byłam zaszokowana, gdy dowiedziałam się, że Jimi nic nie wie o wielu angielskich zespołach, które ja uwielbiałam."


Linda zaprosiła Hendrixa do mieszkania przy 57-dmej. Jak opowiada, zauroczona była Jimim, a szczególnie jego nieśmiałością i chłopięcą niewinnością {to jej określenie}. Zagrała Jimiemu mnóstwo kawałków ze swoich ukochanych płyt, woziła ich ze sobą sporą ilość. Wspomina, że Hendrixowi szczególnie spodobali się Small Faces. Spodobał mu się też mocno któryś kawałek Status Quo, lecz Linda nie pamietała który. Zaczęła z Jimim rozmowę o halucynogenach w slangu obowiazującym w jej środowisku.

Linda:

" Zapytałam go, czy chce czegoś spróbować. Jimi powiedział - nie jestem pewien czy mam na to ochotę. A co proponujesz?

Odpowiedziałam - "No cóż....może chciałbyś kwas?" Jimi na to - "Nie, na żadne kwasy nie mam ochoty, ale chciałbym spróbować LSD". - Zrobiliśmy to.

Ta pierwsza kwasowa podróż Jimiego miała miejsca gdy ten narkotyk był jeszcze legalny i dostępny na receptę. Mogli zapisywać go licencjonowani psychoterapeuci i w psychoterepii był często stosowany. Dopiero w połowie 1968 LSD zostało całkowicie zdelegalizowane. Kilka terapii zakończyło się tragicznie.

To pierwsze doświadczenie z LSD stało się bardzo brzemienne w skutkach i miało duży wpływ na Hendrixa. Już to właśnie pierwsze doświadczenie, oraz czerwony welwet i dekoracja wnętrz w mieszkaniu przy 57-ej zainspirowało Jimiego do napisania jego słynnego bluesa "Red House". Od tego czasu Jimi zaczął brać LSD dość regularnie. Zaczał też namawiać przyjaciół, a ze szczególnym naciskiem grających z nim muzyków, by tez spróbowali "kwasu". Po tym doświadczeniu Jimi całkowicie zniknął na kilka dni. Nikt nie dowiedział się, co z nim działo się wtedy. Jego powrót tak wspomina Carol Shiroky:

"Jimi pojawił się po kilkudniowej nieobecności. Wyraźnie był pod silnym wpływem lysergic acid diethylamide-25 [LSD]. Bardzo się zmienił. Inaczej mówił, inaczej formułowal myśli. To był już inny człowiek. Powiedział mi - "Spotkałem tych Anglików i oni dali mi "kwas". Kiedy spojrzałem w lustro, zobaczyłem, że jestem Merylin Monroe."

Podczas tygodni, które nastąpiły po jego pierwszym doświadczeniu z LSD, Jimi i Linda nadal kontynuowali romantyczną relację, mimo iż 25 czerwca miał przylecieć Keith Richards. Kiedy Jimi po raz pierwszy spotkał Keitha przedstawił się jako Jimi James. Później Jimi używał w środowisku muzycznym pseudonimu "Jinx". Było to "miano" znane jedynie wśród muzyków i to w ścisłym kręgu ludzi, którzy bliżej poznali Hendrixa.

Jak wiecie, zespół Jimiego nazywał się Jimi Hendrix Experience, a pierwsza płyta miała tytuł "Are You Experienced", Jimi nie ukrywał, iż chodzi o "experience kwasowy". Sam o tym mówił tak:

"Nie interesuje mnie bycie na haju. Chodzi mi o te odmienne stany świadomości, które pomagają mi tworzyć. Otwierają całkiem nowe przestrzenie."


W tytułowym utworze jest zdanie, które, jak mówił Jimi dotyczy LSD:

"Niekoniecznie urzeczony, ale jest pięknie."

Z.L.


A'propos Jinxa :

Keith Richards: "Mam stary i bardzo zniszczony już futerał na gitarę. Lubię go, ale na gitarę już się nie nadaje. Trzymam w nim różne swoje graty. Futerał podpisany jest wewnątrz JINX. To prezent od Jimiego i pamiątka po nim. Jimi często tak podpisywał swoje rzeczy i prywatne listy do przyjaciół. Zawsze używał tylko wielkich liter [capital letters]. Mnie to kojarzyło się z chłopakiem, który wycina scyzorykiem na ławce swoją między kumplowską ksywkę..."

Chas Chandler: "Jimi bardzo serio traktował ten pseudonim {JINX}. Mówił, że jest zbudowany z liter jego imienia i nazwiska i ma wiele znaczeń. Że jest magiczny i że to takie jego voodoo..."

A jak poważna była to dla Jimiego sprawa może świadczyć fakt, iż wiele związanych z nim kobiet, jak i bardzo bliskich mu osób, nic o tym pseudonimie nie słyszało.




Jimi i brytyjski rock.

Wbrew powszechnie panującej opinii, w pierwszej połowie lat 60-siątych zainteresowanie amerykańskich czarnoskórych muzyków brytyjską falą rocka było znikome. Często żadne. Pierwszym i długo jedynym zespołem, który wzbudził ich zainteresowanie byli The Beatles. Jimi Hendrix był tu wyjątkiem. Od początku otwarty był na tą muzykę. Dlatego zaskoczyła mnie opowieść Lindy Keith o szokującym braku znajomości angielskich zespołów u Jimiego. Curtis Knight w wywiadzie dla fanzinu "Jimpress" powiedział: "Jimi zawsze wydawał mnóstwo pieniędzy na płyty. Wszystko czego nie wydał na sprzęt, zostawało w sklepach z płytami. Miał bardzo rozmaity gust muzyczny. Kupował wszystkie nagrania Rolling Stones, Animals, The Beatles i innych brytyjskich bandów."


Hendrixa szczególnie interesowały te grupy, które wyróżniał mocny, ciężki i dziki dzwięk gitar. To było mu bardzo bliskie. Zgodne z jego pojmowaniem muzyki. W Stanach grano w tym czasie inaczej. Nawet w najdzikszym Chicagowskim Bluesie nie spotykał takiego łamania dzwięku, dysonansów i sprzężeń jak np. u Jeffa Becka w Yardbirds. "I'm a Man", "Shapes of Things" czy "Over Under Sideways Down" na pewno miały pewien wpływ na jego sztukę. Gitara Pete'a Towshenda w "My Generation" zainteresowała Jimiego gdy The Who byli jeszcze w USA zupełnie nieznanym zespołem.


Jimiego mocno interesowały wszelkie aspekty pracy w studio. Uważał, że wysoko przez niego cenieni Beatles, do mistrzostwa doprowadzili nagrania studyjne. Gdy puszczał przyjaciołom album "Abbey Road" zwracał uwagę na doskonały efekt pracy w studio. Sam nagrał covery "Sierżanta Pieprza" i "Day Tripper" a, jak pamiętacie, już w Cafe Wha? grał "Rain". Bardzo też podobały mu się ostre fuzzy Richardsa w "Satisfaction" czy "19th Nerwous Breakdown" jednak {może z wyjątkiem Jonesa} Rolling Stones nie mieli wpływu na kształt jego muzyki. Po przeprowadzce do Londynu Jimi, co oczywiste, słuchal bardzo dużo brytyjskiego rocka. Domowa płytoteka, jak opowiada Kathy Etchingham, była imponująca. Bardzo różnej muzyki Jimi słuchał i myślę, że niejednego fana mogłyby mocno zaskoczyć niektóre jego wybory. Kathy Etchingham opowiadała w wywiadzie dla "Guitar Player": "Mieliśmy album Bee Gees. Jimi sluchał go na okrągło. Mówił że oni mają doskonałą harmonię."


Dużo jednak bardziej zaszokować może fakt, iż Jimi chętnie słuchał singla "I See the Rain" szkockiej grupki Marmalade {gościli w latach 60-siątych w Polsce}. To było takie bardzo prościutkie pop-rockowe granie w stylu Liverpool.


Jimi zaprzyjaźnił się z Ericem Claptonem. Uhonorował Cream coverem "Sunshine of Your Love". Mister Clapton bardzo pozytywnie wypowiadał się na temat tej wersji przeboju super grupy Cream.


Na koncercie Claptona z Cream, Jimi pierwszy raz usłyszał efekt wah-wah guitar. Jednak do zastosowania tego efektu w jego muzyce przekonał się pół roku później. Usłyszał w Nowym Jorku Franka Zappę i zastosował wah-wah w "Burning of the Midnight Lamp".



Bez wątpienia wpływ Jimiego na kształt brytyjskiego rocka był znaczący, jednak i w drugą stronę znaczenia wpływu nie da się pominąć.

Z.L.


Niezwykle emocjonalnie wypowiedział się o Jimim, John Lenon w wywiadzie udzielonym amerykańskiej telewizji w 1977 roku: "Nigdy nie przestanę tęsknić za tym wspaniałym chłopakiem. Tak bardzo chciałem z nim zagrać. Kocham wszystkie jego kawałki, wszystkie albumy. Miał w sobie prawdziwą magię. Wystarczyło być z nim w jednym pokoju by to poczuć. Był taki jak jego muzyka. Niezwykły. Ach Jimi, będę kochał go zawsze..."



Eric Clapton i Jimi Hendrix

"Myślę, że ciążyła na nim klątwa geniuszu. Był skazany na samotność. Nikt nie potrafi do końca zrozumieć jak daleki jesteś, gdy osiągniesz glębię wyrażania siebie w muzyce. Ty nie możesz zabrać nikogo w te miejsca. Jesteś samotny i czasem przerażony tą samotnością. Jednak musisz to przeżyć sam. To jest ogromnie samotne doświadczenie i często nie jest twoim świadomym wyborem. To nie jest coś czego poszukujesz. To dar który otrzymujesz wraz z talentem. Hendrix miał tego w nadmiarze."

Eric Clapton. Wywiad z 1989 roku



23 września 1966 roku o godz 9 rano, Jimi wraz z Chasem Chandlerem i jeszcze jednym Animalsem, Terrym Mc'Vayem, wystartowali do Anglii. Byli pasażerami pierwszej klasy na pokładzie ogromnego Jumbo linii Pan Am. Wystartowali z lotniska im Kennedy'ego w Nowym Jorku. Jimi miał cały bagaż przy sobie. Zabrał jedynie gitarę, jedną zmianę odzieży i słoik atybakteryjnego kremu do twarzy marki Valderma. Dwie godziny po wylądowaniu w Londynie, Hendrix jamował w Zoot Money's House. Tego samego dnia, późnym wieczorem, Chandler namówił Hendrixa na kolejny jam w Skotch of St. James Club. Tam Jimi spotkał po raz pierwszy swoją przyszłą dziewczynę, Kathy Etchingham. Dopiero późną nocą Jimi, wraz z Chasem i jego dziewczyną Lotte udali się do Hyde Park Towers Hotel. Zajmowali tam w trójkę pokój 301. Do Stanów Jimi poleciał dopiero w czerwcu 1967 roku. Kiedy tak czytam o życiu Hendrixa, łączę daty i zdarzenia, zastanawiam sie kiedy ten człowiek odpoczywał.


Chas Chandler i Jimi Hendrix w Marquee Club


Gibson Mercury II. Z tym zestawem Jimi zagrał w swoim pierwszym jamie na angielskiej ziemi. Ten Gibson należał do lidera i gitarzysty prowadzącego The VIPs, Jimmiego Henshawa. The VIPs byli house bandem, czyli kapelą regularnie grającą w Scotch Saint James. Ale po kolei...

Jimi i Chas Chandler przyszli do Scotch wieczorem, 26 wrzesnia 1966 roku. Chas w swojej ulubionej skórzanej marynarce (uważał, że przynosi mu szczęście), Jimi w koszuli z krawatem i bardzo wąskich, fioletowych spodniach z welwetu. Usiedli, by posłuchać house bandu. W przerwie Chas poprosił Henshawa, by pozwolił pograć z jego kapelą interesującemu gitarzyście z Ameryki. Było powszechnie przyjęte, iż house bandy pozwalały jamować ze sobą muzykom goszczącym w ich klubach i pubach. Jednak dotyczyło to jedynie znanych i uznanych muzyków, a Jimi byl wszak w Anglii zupełnie nieznany. Jednak, chyba z powodu pozycji Chasa w londyńskim świecie muzycznym, Jimmy Henshaw wyraził zgodę. Jimi zagrał z The VIPs cztery kawałki. "Summertime blues", wielki przebój The Troggs (później Jimiego) "Wild Thing" , "What'd I Say?" Raya Charlesa i "Hey Joe". The VIPs nie znali "Hey Joe" Jimi powiedział: "po prostu grajcie akordy C, G, D, A i E". Występ Jimiego nie wzbudził entuzjazmu. Został przyjęty bardzo chłodno. A wszak niewiele później "Hey Joe" będzie królować na brytyjskich listach przebojów a hendrixowska wersja "Wild Thing" podbije Świat. W Skotch Saint James, Jimi po raz pierwszy nie przedstawił się jako Jimi James, a swoim nazwiskiem Jimi Hendrix.


Jeszcze jeden przyczynek do historii wzajemnych kontaktów środowiska muzycznego Londynu w latach 60-siątych. Szóstego grudnia 1966 roku Hendrix z Chandlerem i jego dziewczyną, Lotte, wprowadzili się do mieszkania przy 34 Montague Square w Londynie. Mieszkanie zarekomendował im perkusista The Beatles Ringo Starr, który był jego poprzednim lokatorem. W tym samym tygodniu, w sobotę dziesiątego grudnia, Jimi Hendrix Experience supportowali w londyńskim Ram Jam Club występ Bluesbreakers Johna Mayalla. Myślę, że nie był wtedy Jimi w rewelacyjnej kondycji finansowej. Little Richard wspomina, iż jedenastego grudnia, po jego koncercie w London Saville Theatre, odwiedzili go w hotelu Jimi wraz z Kathy Etchingham. Jimi poprosił Richarda o pożyczenie 50 {dolarów? funtów? nie wiem}. Richard pisze o baksach, ale byli wszak w UK. Little Richard pożyczył.


Od wtorku, 8 listopada 1966 do piątku 11, Chandler zakontraktował granie w Niemczech, w monachijskim klubie Big Apple. Zespół występował dwa razy każdej nocy. Te osiem koncertów pozwoliło grupie dopracować ich sceniczny repertuar i uczynić go jeszcze ciekawszym. Miało to później wpływ na ich oszałamiający sukces na londyńskich scenach. Gerry Stickels, przyjaciel Noela którego Chas zatrudnił jako pomocniczego menagera, tak wspomina Monachium. "Planowaliśmy występ w Seville Row [Londyn] ale wylądowaliśmy w Monachium, gdzie zespół występowal dwa razy każdej nocy. Solidnie pracowali a klub zawsze byl przepełniony. Ten tłum przyjmował zespół dobrze, aczkolwiek czasem słyszałem uwagi w rodzaju - Co to do diabła jest?"

Po powrocie do UK, jeszcze w listopadzie zespół zagrał w Bag O Nails. Ostatnim listopadowym koncertem, w sobotę dwudziestego szóstego, był koncert w Ricki Tick w Middlesex, gdzie zespół zagrał u boku Erica Burdona i The Animals. Dziesiątego grudnia kapela Hendrixa wystąpiła w londyńskim Ram Jam Club, otwierając występ John Mayall's Bluesbreakers. Dzięki tym klubowym występom popularność The Jimi Hendrix Experience rosła. Zdobywali też coraz większe uznanie świata muzycznego. Chandler dbał też o publicity.

Noel Redding- "Mieliśmy spotkanie z prasą w recepcji Bag O Nails. Potem granie. W tych czasach, gdy wystepowałeś przed innym zespołem, grałeś trzydzieści może czterdzieści minut. Pamiętam jak do garderoby, po koncercie wpadł John Lennon. Kiedy powiedział cześć, myślałem że zemdleję. Potem przyszli jeszcze Paul Mc'Cartney i Donovan. Byłem naprawdę bliski wylądowania na podłodze." Wkrótce inni zaczęli mdleć gdy spotkali The Experience


Klub UFO. Londyn. 28 kwietnia 1967 rok



Historia opowiedziana przez Margaret Redding Stevenowi Roby'emu. Pokazuje jak nieustannie obecna była muzyka w życiu Jimiego.

Nadejście nowego 1967 roku Jimi świętowal w towarzystwie Kathy Etchingham, Noela Reddinga i Mitcha Mitchella w Folkeston, w domu matki Reddinga [Margaret]. To była bardzo zimna noc. Jimi czuł się przemarznięty i sporo czasu spędzał przy kominku, zapatrzony w płomienie. Coś sobie cicho nucił. Potem zaczął śpiewać głośniej i dokładać tekst do melodii. Narodził się pomysł, który wkrótce nabrał pełnego kształtu. Tak powstał song "Fire".


W swojej autobiografii "Who I Am" Pete Townshend napisał:

"Moja przyjaźń z Erykiem Claptonem pogłębiła się przez nasz wspólny zachwyt i hołd dla Jimiego Hendrixa, który miał pierwsze sensacyjne występy w Londynie, tamtej wiosny. Jimi testował wtedy, po raz pierwszy, nowe liryczne idee. Przyjaciel Eryka, malarz i projektant Martin Sharp, pomagał Hendrixowi pisać teksty songów. Wiersze Martina były bardzo ambitne i poetyckie. W moim świecie pojawiły się dwa nowe wielkie talenty i to że znalazłem się między nimi było dla mnie wyzwaniem i motywacją do rozwoju. Te występy były też wyzwaniem dla mnie jako gitarzysty. Jimi miał palce zręczne, szybkie i wyćwiczone jak koncertowy skrzypek. Był prawdziwym wirtuozem. Przypomniałem sobie tatę i jego niezmordowane ćwiczenia. Cały ten niekończący się czas, jaki on poświęcał by móc grać tak szybko że nuty nie nadążały za nim. Ale z Jimim bylo inaczej. On pożenił bluesa z transcendentalną radością psychedelii. To było tak jakby Hendrix odkrywał nowy instrument w świecie muzycznego impresjonizmu. Jimi był niezwykle sceniczny. Potrafił pokazać prawdziwą siłę męskości bez śladu agresji. On był mesmerycznym performerem i ja waham się gdy mam opisać jak fantastycznym przeżyciem było zobaczyć go na scenie. Nie chcę, by z mojego powodu, legiony młodych fanów poczuły jak wiele straciły. My wszyscy coś straciliśmy. Ja nie widziałem Parkera, Ellingtona i Armstronga ale jeśli ty nie widziałeś Jimiego na scenie, straciłeś coś bardzo, bardzo niezwykłego. Jeśli ujrzało się go tam, w blasku świateł, stawało się jasne, że on był kimś więcej niż znakomitym muzykiem. On był szamanem i gdy grał to wyglądało jakby promienie barwnych świateł emanowały z jego długich, eleganckich palców. Nigdy nie byłem na koncercie Jimiego po kwasie, trawie czy alkoholu, mogę więc z całą pewnością potwierdzić, że robił rzeczy niezwykłe. Jakimś cudem potrafił dać rewelacyjny koncert na odwróconym, bez przekładania strun, praworęcznym Fenderze-Sratocasterze [Jimi byl leworęczny]. Po koncercie Jimiego rzadko cieszyłem się jego nagraniami, gdyż bladły w porównaniu. Wyjątkiem były "All Along the Watchtower" i "Voodoo Chile", obydwa kawałki z ostatniej sesji w 1968. Eddie Kramer był inżynierem wszystkich nagrań Jimiego*], ale sesja "Electric Ladyland" była pierwszą w Nowym Yorku. To było wtedy gdy Jimi i Eddie zaczęli współpracę w tym niemożliwym do określenia, niezwykłym muzycznym klimacie. Wtedy szamańska moc Jimiego mogła finalnie wyrazić się na winylowym krążku."


*] Zdecydowanej wiekszosci, ale nie wszystkich.

"Jimi miał zdolności magiczne. Miał jakąś niezwykłą alchemię. Na scenie zmieniał się nawet fizycznie. Stawał się pełen gracji i piękna. Wielu ludzi twierdziło, że to LSD. Bzdura. My wszyscy mieliśmy wtedy spotkania z kwasem. Ale Jimi miał jakąś niesamowitą moc, która była większa od LSD..."


Pete Towshend



Royall Albert Hall w Londynie


The Experience zadebiutowali w tym imponującym gmachu 14 października 1967 roku. Wzięli udział w wielkim rockowym widowisku wraz z The Pink Floyd, The Move, The Nice i The Amen Corner. The Experience zagrali wtedy Foxy Lady, Fire, The Wind Cries Mary, Hey Joe, The Burning of the Midnight Lamp, Spanish Castle Magic and Purple Haze. Występ ten zapoczątkował wielką trasę w której zespół Jimiego wystąpił, pomiedzy 14 października a 5 grudnia, w szesnastu brytyjskich miastach.


Cała ekipa z 14 października


Plakat


W Royall Albert zespół wystąpił ponownie 24 lutego 1969 roku.




1-szego lutego 1967 roku "Jimi Hendrix Experience" zagrali w Cellar Club w South Shields. Ten mały i nieco "zapyziały" klub, był w latach 1965 - 72 jednym z najprężniejszych klubów w Wielkiej Brytanii. Odbyło się tam wiele znakomitych koncertów. Klub był taką stosunkowo wąską podłużną "kiszką", ściany były dość blisko siebie. Bardzo nisko zawieszony sufit zwiększał wrażenie ciasnoty. Klub mógł pomieścić maksymalnie sto osób. W tym to miejscu Jimi dał rewelacyjny koncert, który widzowie wspominają do dzisiaj z zachwytem. Również Noel Redding wspomina, iż był to jeden z ich najlepszych koncertów. "A początek był pechowy. Weszliśmy bardzo mocno z "Foxy Lady" i Jimiemu od razu na wstępie spaliła się 200 - watowa lampa we wzmacniaczu. Trochę było zamieszania, ale potem było już znakomicie. To jeden z naszych najlepszych koncertów. Pamiętam, że sufit w klubie był tak niski iż Jimi, grając zębami, tłukł w niego gitarą".

Noel Redding.

Zespołowi Hendrixa supportowała wtedy grupa "The Bond". Jej gitarzysta, Dave Banbridge opowiada: "Hendrix zagrał wtedy "Catfish Blues" Watersa. Zagrał to tak nieprawdopodobnie, nieziemsko. Nigdy już nie slyszałem takiej muzyki..."

Graham Cook. Wtedy 21-letni student. Obecnie inżynier akustyk: "Dźwięki, których nigdy wcześniej nie słyszalem. Niesamowite. Zupełnie nowa muzyka..."


Bilet na ten koncert


Honorarium dla całego zespołu za koncert w Cellar Club wyniosło 77 funtów i 5 szylingów. A "Catfish Blues" oczywiście nie jest Watersa, choć tak świetnie to grał.



Czy wiecie, że w UK jest piwo wyprodukowane na cześć Jimiego? To piwo wyprodukowane dla upamiętnienia koncertu Jimiego w "Troutbeck Hotel" 12-stego marca 1967 roku.


Bardzo serdecznie wspomina Jimiego organizator tego koncertu Danny Pollock:

"Jimi Hendrix był bardzo spokojnym, grzecznym, przyjaznym dla wszystkich chłopakiem. Bardzo lubił dobrą herbatę."

Do sali w której odbył się koncert "wcisnęło" się dwukrotnie więcej ludzi niż było biletowanych miejsc. Jeszcze więcej zgromadziło się przed hotelem. Doszło do szarpaniny z policją. Fani zdemolowali też "nieco" hotel.



Konferencja prasowa. Nowy York 31 stycznia 1968r.


Wywiad, który ma ciekawą historię. Jimi wrócił do Stanów 30 stycznia 1968 roku. Już 31 stycznia, Hendrix wraz z zespołem uczestniczył w potężnej konferencji prasowej w Nowojorskim gmachu Pan Am. W konferencji uczestniczyła i wywiadów udzielała plejada ówczesnych gwiazd rocka. Ot taki zbiorowy spęd. Warunki pracy bardzo trudne. Mnóstwo dziennikarzy i wszelakiego personelu. Kamery telewizyjne, stosy sprzętu, plątanina kabli. Bieganina i szum jak w ulu.

Tak o tym opowiada Jay Ruby:

"Poprosiłem The Experience o wywiad. Zgodzili się i udało nam się znaleźć w miarę spokojny kąt. W miarę, bo hałas był jednak dokuczliwy i stale ktoś nam przeszkadzał. Przerywano nam kilkanaście razy a w połowie wywiadu pojawił się jakiś, nieznany mi reporter. Przerwał mi w pół zdania i zaczął swój wywiad. Powiedziałem: kolego, jesteśmy w trakcie. Przeszkadzasz. Nic to nie pomogło. W końcu Jimi zaczął z niego pokpiwać i to go wreszcie skonfuzjowało. To wszystko jest przyczyną, iż wywiad jest nieco poszarpany i chaotyczny."


Wywiad był nagrywany. Ukazał się w magazynie JAZZ & POP pół roku poźniej, w lipcu 1968. Sam Jay Ruby to też nietuzinkowa postać. Dziennikarz i krytyk muzyczny, archeolog i antropolog. Profesor antropologii kulturowej. Jest autorem sporej ilości publikacji o bardzo rozleglej tematyce.

Może jeszcze kilka fragmentów tego wywiadu, które mogą kogoś zainteresować.


Jay Ruby:

Kogo teraz słuchasz?

Jimi Hendrix:

Mogę słuchać każdego, jeśli mnie nie nudzi. Skłaniam się ku muzyce bluesowej. Bluesowej gitarze. Ogólnie w muzyce lubię teraz rzeczy Rolanda Kirka i The Mothers of Invention.

J.R.

Mnóstwo publicystów porównuje cię do Claptona.

J.H.

To jedna z tych spraw, których nie cierpię. Oni mówią: " Hendrix- Clapton" a zaraz potem dodają "blues jest ponad wszystko." A my nie chcemy robić wyłącznie bluesa. Chcemy robić różną muzykę, fajne piosenki. Oczekują, że będziemy grać wyłącznie bluesa a jak widzisz, jest tyle muzyki, którą chcemy grać. Czasem nuty brzmią tak jak w bluesie, ale jest kompletnie inna wymowa między nutami.

J.R.

Wielu muzyków ma problemy, gdy ze sceny przechodzą do studio. Wy ich nie macie. Czy widzicie siebie jako grupę live, czy zespół studyjny?

J.H.

I tak i tak. Jeśli ktoś chce słuchać tylko jednego, niewiele usłyszy. Kiedy nagrywasz, chcesz, by każdy dzwięk brzmiał właściwie - są jak krople deszczu, które spadając odbijają się echem, fuzjują....To dlatego, że nastawiony jestem, by podkreślić coś konkretnego w nagraniach. Część ludzi pamięta to z płyt i spodziewa się usłyszeć na koncercie. Tekst jest taki sam i na nim skupiają uwagę. Mogą poczuć inne rzeczy, ale nie koniecznie je usłyszeć. My tak dużo improwizujemy na scenie, że dwu minutowa piosenka z płyty może trwać dwadzieścia minut.

J.R.

Kogo najbardziej cenisz jako gitarzystę. Kto teraz gra tak jak lubi Hendrix?

J.H.

Cóż.....trudno powiedzieć. Na scenie bluesowej nieźle brzmią niektóre rzeczy Alberta Kinga czy Erica Claptona. Są bardzo dobrzy. Ja nie mam żadnych faworytów. To byłoby bardzo trudne. Jest tak wiele zróżnicowanych stylów. Wkładanie ich wszystkich do jednego worka jest poważnym błędem.

Jay Ruby: Cofnijmy się na moment do bluesa. Jak go definiujesz? Jak go rozumiesz? Jimi Hendrix: Możesz mieć własny blues. Folk blues nie jest jedynym bluesem na świecie. Usłyszalem irlandzką folkową piosenkę, która była tak funky! Słowa, feeling....To było świetne. Blues. Gramy tego bluesa na "Axis:bold as love" - to ostatni kawałek na pierwszej stronie płyty. Ma tytuł "If 6 were 9". Możesz to nazwać świetnym czuciem bluesa. My nawet nie usiłujemy tego nazywać. Każdy ma swój rodzaj bluesa do zaoferowania.

Mitch Mitchell: Kiedy zaczynalismy grać, Jimi był pod wpływem takich muzyków jak Dylan, a mnie oni zupelnie nie interesowali. Teraz Jimi słucha głównie Mingusa czy Rolanda Kirka. Wszyscy się uczymy od siebie. Wszyscy mamy wpływ na swoją muzykę. Czujemy się dobrze ze sobą. Tak jest najlepiej. Jay Ruby: Cieszy was wspólne granie. Jimi Hendrix: Tak. Posłuchaj kiedyś jak on gra na perkusji. To jeszcze jedna sprawa, która czyni mnie szalonym. Każdy z nas ma swoją małą scenę muzyczną, której ludzie nie znają. Noel lubi miło brzmiącego rocka i to gra na gitarze. Na basie gra od kiedy jest z nami. Mitch gra mnóstwo fascynujących rzeczy na perkusji, a ludzie znają go tylko z jednej strony. Jay Ruby: Granie we trzech jest piękne. Możecie się mocno zintegrować. Wasze brzmienie jest potężne. Jimi Hendrix: Na pierwszej płycie kładliśmy nacisk na potężne brzmienie. Pełna wolność. Na nowej płycie jest gitarowo ciszej. Może to się komuś wydawać nudne, ale chcieliśmy podkreslić teksty i wyeksponować perkusję Mitcha. Na następnej wrócimy do poprzedniej formuly. Jay Ruby: Tak. Slyszałem ten nowy album, choć w Stanach go jeszcze nie ma. Integracja dźwięków z ulicy. Kroki ludzi w studio. Jimi Hendrix, ze śmiechem: Tak. Człapanie wielkich stóp Rogera Mayera.



Experience Music Project w Seattle. Niezwykłe miejsce. Jimi ma tam swój pawilon, a muzeum nie szczędzi zachodu i środków, by stale wzbogacać zbiory związane z Hendrixem.



Muzeum Experience Music Project w założeniu miało nazywać się Jimi Hendrix Experience Music Project. Taki byl zamiar fundatora tego przedsięwziecia Paula Allena. Pan Allen, multimilioner i współwłaściciel Microsoft, jest wielkim fanem Jimiego. Nie szczędzi funduszy by wzbogacać zbiory muzeum. Na użycie nazwiska brata w nazwie muzeum nie wyraziła zgody Janie Hendrix. Z jakiego powodu? Nie potrafię zgadnąć.



Paul Allen, tak jak Hendrix, urodził się i wychował w Seattle. Wiele rozwiązań w muzeum jest jego pomysłem. Sam znalazł właściwego architekta i brał udział w uzgadnianiu projektu. Przed wejściem do pawilonów Jimiego wita nas kolumna zbudowana z instrumentów.



Muzeum pomyślane jest rewelacyjnie, obok sal pełnych pamiątek, gitar Jimiego, jego strojów, płytoteki , zdjęć i wszelakich wydawnictw, jest też sala koncertowa, sala kinowa, oraz świetnie wyposażone, nowoczesne studio nagrań. W tym studio, każdy ze zwiedzających, jeśli muzykuje, może popróbować swoich sił i z pomacą fachowców nagrać własną plytkę. Płyta, zapakowana w firmową kopertę muzeum jest bardzo fajną pamiatką.


17 listopada 2012 roku Experience Music Project świętowało siedemdziesiąte urodziny Jimiego. Otwarta została nowa ekspozycja poświęcona Hendrixowi. Otwarcie uświetnił koncert. Kilkunastu muzyków zagrało utwory Jimiego. Zespół poprowadził i na basie zagrał gość honorowy Billy Cox.



Festiwal Woodstock, nie w Woodstock.

Woodstock, miasto artystów, miejsce zamieszkane przez malarzy, pisarzy, muzyków i filmowców, nie wyraziło zgody na organizację festiwalu. Miasto gdzie funkcjonowała muzyczna komuna i gdzie niewielka wytwórnia płytowa produkowała bardzo ciekawe pozycje, nie życzyło sobie najazdu tłumu hippisow. Odmowa przyszła późno. Hendrix, przekonany że festiwal odbędzie się w Woodstock, wynajął dom o "rzut beretem" od tego miasta. Festiwal odbył się na terenie farmy Maxa Yasgura, na przedmieściach miasteczka Bethel, od Woodstock oddalonego o niemal sto kilometrów. Organizatorzy postanowili jednak, iż zostawia festiwalowi nazwę Woodstock. Tak więc te prawie pół miliona, jechalo nie do Woodstock, a na Woodstock do Bethel.

Gypsy Sun & Rainbows zakończyli festiwal. To był poniedziałkowy poranek, 18-tego sierpnia. Grali od 8.30 do 10. 30.


Zespół zagrał w składzie:

Jimi Hendrix - gitara, wokal

Larry Lee - gitara rytmiczna i wokal {w Master Mind i Gypsy Woman}

Billy Cox - bas

Juma Sultan - instrumenty perkusyjne

Gerardo "Jerry" Velez - kongi

Mitch Mitchell - perkusja


zagrali:

Message to Love, Hear My Train a-Comin', Getting My Heart Back Together Again, Spanish Castle Magic, Red House, Master Mind, Here He Comes {Lover Man}* Foxey Lady, Beginnings, Jam Back at the House, Izabella, Gypsy Woman, Fire, Voodo Chile-Slight Return, Stepping Stone, The Star-Spangled Banner, Purple Haze, Improvisation/Villanova Junction, Hey Joe.

*Utwór ma dwa tytuły.


Czyli zagrali 19 utworów [+ improwizacja]. Na filmie nagranym przez Warner Bros jest ich 14. Na amatorskim, studenckim filmie 15. Jest bogatszy o 'Hear My Train A Comin'. Ten czarno-biały film, nagrany na amatorskim sprzęcie budzi uznanie. Jakość dźwięku jest zaskakująco dobra. Wszelkie prawa wykupiła od autorów firma "Experience Hendrix LLC" i dystrybuuje go pod tytułem "A second look".

Jimi przed występem powiedział kilka słów do publiczności. Postarałem się je przetłumaczyć. Łatwe to nie było. Łatwiej poczuć i zrozumieć emocje w orginale. Przełożyć z sensem trudniej.

Jimi:

" Widzę, że spotykamy sie znowu. Hmm. Tak. Fajnie, fajnie, bardzo fajnie! Koncert, Koooncert! Chcę wam powiedzieć wprost. My już jesteśmy bardzo zmęczeni The Experience. Czujemy się przeciążeni. To się już wyczerpało i wyczerpało nas. Zdecydowaliśmy się wszystko zmienić i nazwaliśmy to Gypsy Sun and Rainbows. Teraz jesteśmy tylko taką cygańską kapelą i niczym więcej. Dajcie nam minutę czy dwie na nastrojenie instrumentów. OK? Aaa, mieliśmy tylko dwie próby, więc damy tylko podstawowy rytm.

Dziewczyna z publiczności - Jimi, are you high?

Jimi - Yeah. I am high, thank you. I am high. Thank you baby.


A tak, po latach mówi o tym Billy Cox. Jest w tej wypowiedzi pewna sprzeczność z tym co powiedział Hendrix. Myślę jednak, że łatwo ją zrozumieć.


Billy Cox:

"Woodstock był pierwszym koncertem zagranym w takim składzie. Ten zespół to było to, o co Jimiemu chodziło w tym konkretnym czasie. On zbierał się by pójść w zupełnie innym, nowym kierunku muzycznym. Nazwał to Gypsy Sons and Rainbows i powiedział nam, że musimy to zrobić wszyscy. Pracowaliśmy nad tym materiałem bardzo intensywnie przez około trzy tygodnie, w domu który wynajął w Shokan. Opracowaliśmy świetny zestaw utworów i czuliśmy się w tym bardzo razem. Jimi to był taki typ muzyka. By perfekcjonistą. Uznawał tylko pracę i nie znosił połowiczności. Gdyby to było możliwe, kazałby nam pracować cały czas. Musiał być pewny, że mamy to wszystko opracowane. Nie pozwolił by zagrać, gdyby tej pewności nie miał.

Na Woodstock mnóstwo energii szło od ludzi do nas. Jimi powiedział, że weźmiemy tą energię od nich by oddać im dużo więcej. Tak zrobiliśmy. Wszyscy byli uczestnikami tego zdarzenia. Jimi prowadził i ich [publiczność] i nas. Wszyscy wpatrzeni byli w niego. Graliśmy dwie godziny i porozumienie z publicznością było fantastyczne. To był świetny występ. Byliśmy potem bardzo zmęczeni. Wpadliśmy tylko coś zjeść i pojechaliśmy prosto do domu w Shokan. Jak wspominam Woodstock? Tam naprawdę panowały pokój, miłość i pełna harmonia. W tym ogromnym tłumie wszyscy byli razem."


Nie zrobiłem błędu. Tak to wygląda u Coxa. Powiedział "Gypsy Sons" i nie sądziłem, by celowe było poprawianie cytatu. Myślę, że te jego trzy tygodnie ostrego grania, są bliższe prawdy, niż "tylko dwie próby" Jimiego.


Michael Jeffery i z okazji Woodstock objawił swój uroczy charakter. Za prawa do kręcenia filmów zespół otrzymał 12-ście tysięcy dolarów. Jeffery tak pomanipulował przy umowach, że 60% tej sumy trafiło do jego kieszeni.


Jimi bardzo był zadowolony z występu na Woodstock. Z muzyki, z publiczności i zaczarowanej atmosfery tego wydarzenia. Wystąpił przed półmilionową widownią , a wspominał później, że czuł się tak jakby miał kontakt z każdym.


Bilety na Woodstock Jednodniowy

Na całość



Znakomite jest dwu płytowe DVD wydane przez firmę Janie Hendrix. Pierwszy dysk to profesjonalny, kolorowy film wytwórni Warner Bros z prawie pełnym koncertem Jimiego. Drugi to amatorski czarno-biały film nakręcony ręczną kamerą przez grupę studentów. Gorąco wam tą pozycję polecam.


Jimi po Woodstock przepełniony był pozytywną energią i pełen planów na przyszłość. Po Festiwalu na Wyspie Wight oczekiwał drugiego Woodstock i bardzo się zawiódł. Woodstock to zdecydowanie nie było. To był czas najostrzejszych wojen młodzieżowych subkultur. Toczyły się w całym Zjednoczonym Królestwie i na festiwalu też nie obyło się bez groźnych incydentów. Tak o tym opowiada szef Jethro Tull Ian Anderson:

"Jimi przed występem był bardzo optymistyczny. Przygotował repertuar. Zaplanował występ, w którym chciał pokazać nową, inną muzykę. Nie do końca poradził sobie z agresywną i wymagającą znanych kawałków publicznością. Incydenty w około pola festiwalowego też nie sprzyjały atmosferze. Zbyt wiele agresji. Po występie Jimi był bardzo przygnębiony i zniechęcony. Mocno depresyjny. Moim zdaniem te wydarzenia mogły mieć znaczenie w tragedii, która wydarzyła się wkrótce."


Ian Anderson



.

Isle Of Wight Festival. Zdecydowanie najbardziej kontrowersyjny występ w karierze Jimiego Hendrixa. My, którzy ocenić możemy występ Jimiego na podstawie zarejestrowanych nagrań, mamy bardzo skromne możliwości. Np. "Machine Gun", który na koncercie trwał 31 minut można usłyszeć w wersjach 3 do 9 minut. To przecież tylko fragmenty. Poznałem osoby, które na tym koncercie były. Czy jednak po tych czterdziestu latach {z hakiem} pamięć ich nie zawodzi? Problem też w tym czyje wspomnienia są wiarygodniejsze, gdyż często nie są zbyt zgodne.

Jimi wylądował helikopterem na Isle Of Wight w niedzielę, 30 sierpnia, o godz 8.30 wieczorem. James "Vishwa" Scott, który powitał Jimiego na wyspie i starał się zajmować wszelakimi sprawami muzyka przez cały jego pobyt wspomina:

"Jimi byl depresyjny i wyraźnie bardzo zmęczony. Raczej mało rozmowny."


Jednak matka Noela Reddinga, Margaret opowiada:

"Odwiedziłam Jimiego w jego przyczepie przy scenie festiwalowej. Jimi miał dobry humor. Śmialiśmy się i żartowali. Jimiemu kompletnie zaciął się zamek błyskawiczny przy jego estradowym pomarańczowym kostiumie. W końcu spięłam to agrafką, co Jimiego bardzo rozbawiło."


Wszystkie koncerty festiwalowe były mocno opóźnione. Wiele z nich odbyło się w dość nieprawdopodobnych porach, kiedy połowa publiczności poszła już spać lub opuściła pole festiwalowe. Na plakatach koncert Jimiego zapowiadany jest w niedzielę. Zaczął się jednak w poniedziałek. Było już zdecydowanie po północy. Mitch Mitchell wspomina, iż wszystko co mogli zobaczyć to ciemność wypunktowana przez ogniska iluminujace twarze jakby z kamienia.


Jimi rozpoczął występ słowami:

"Tak. Dziękuję bardzo, że mogę tu być z wami, ludzie. Jest pięknie. Dziękuję, że mieliście cierpliwość tak długo czekać. Dajcie nam około minuty na nastrojenie. Dobrze być z powrotem w Anglii. Chcielibyśmy zacząć koncert utworem, który wszyscy dobrze znacie. "God Save the Queen". Możecie dołączyć się i śpiewać razem z nami. Na pewno zabrzmi to lepiej, jeśli w waszych głosach usłyszę jak kochacie swoją ojczyznę. Zacznijcie śpiewać [i bardzo cicho, raczej do zespołu]. Jeśli nie zaśpiewacie, to pieprzyć to [fuck ya]". Ci, którzy byli bliżej sceny i usłyszeli to zaczęli żartować z Jimim na temat, kto lepiej zna brytyjski hymn narodowy.

Niestety strojenie instrumentów bardzo sie przeciągło. Amerykańska trasa skończyła się już dość dawno i zespół utracił lekkość i zwartość tamtych koncertów.


Mitch Mitchell powiedział:

"Dziwnie nam sie grało. Zanim zespół się przyzwoicie rozegrał minęło sporo czasu. Byłoby lepiej gdybyśmy mieli dzień na próbę."

Po hymnie kilka mocnych uderzeń w bęben taktowy rozpoczęło krótką wersję "Sierżanta Pieprza" The Beatles. Kolejno zespół zagrał "Spanish Castle Magic". Utwór zabrzmiał dziwnie. Jakby bałaganiarsko i chaotycznie. Powód był taki, iż Jimi improwizował partie tekstu jakby poza rytmem i zespół się nieco pogubił.


Kolejny utwór Jimi poprzedzil słowami:

" Jak powiedziałem wcześniej, dobrze ze jesteście. Chcemy zagrać kolejną piosenkę opartą na tekście z 1833 roku. Myślę, że jest ciągle aktualny, jeśli potraficie odnaleźć jego sens."

To było "All Along The Watchtower". Niestety, z powodu kłopotów ze sprzętem nie zabrzmiało dobrze solo gitarowe. Zniecierpliwiony Jimi zaczął ostro przyspieszać, zostawiając Mitcha i Billego w tyle i skazując ich na rozpaczliwą pogoń za nim.

W "Machine Gun" Jimi pozmienial tekst, adaptując go dla angielskiej publiczności. I tutaj zaczął od wstępu. Powiedział:

"Jest mnóstwo kłamstw wokoło nas. Czasem one wychodzą na jaw i wtedy staje się to co nazywamy wojną. Chcę dedykować ten kawałek wszystkim walczącym w Birmingham, wszystkim skinheadom, wszystkim walczącym w Bournemouth, Londynie i, o tak, wszystkim żolnierzom walczącym w Wietnamie. Mnóstwo wojen się toczy..."

Jimi zagrał bardzo zaskakująco wersję tego utworu. Cały czas toczył swoją prywatną wojnę ze sprzętem. Z fatalnie rozstrajającą się gitarą. Z koszmarnymi sprzężeniami wyjących kolumn Marshalla. Przy tym wszystkim Jimi prowadził kawałek w kierunkach zupełnie dla zespołu zaskakujących. Zaczął riffem z "Race With the Devil" - wielkiego brytyjskiego przeboju grupy Gun. Później dwanaście taktów i odejście w "Dust my Broom" Elmore'a Jamesa. Było sporo ciekawych gitarowych rifów w tej, półgodzinnej wersji "Machine Gun", ale utwór się jakoś nie zazębiał. Mitch i Billi starali się nadążyć, jednak często nie było to możliwe. Dziwny jest też koniec. Jimi dość niespodziewanie uderza kilka akordów i nagle kończy utwór.

Jimi miał świadomość, że utwór nie wyszedł dobrze. Ze słowami "Jeśli możecie trochę poczekać, myślę, że w końcu do czegoś dojdziemy" przerwał koncert. Podczas tej długiej przerwy Mitch i Billy grali sobie i śpiewali dla zabicia czasu różne "ucieszne" piosneczki. Jimi starał się ustawić wzmacniacze, fuzz box i gitarę tak, by wreszcie zaczęły spełniać oczekiwania. Zagrał "Lover Man" ale to nadal nie było to. Przerwa przedłużyła się nieco. Zrobiło się już jasno. Wreszcie Jimi wrócił ze słowami:

"OK. Zaczynamy wszystko od początku. Jak sie macie, Anglio? Fajnie was widzieć. Zagramy teraz 'Freedom'". W końcu wszystko jest dobrze i zaczyna brzmieć. Zespół gra rześko, świeżo i równo. Nareszcie.


Ale tak na prawdę Jimi "złapał oddech" przy znakomicie zagranym "Red House". Moim zdaniem był to najlepiej zagrany utwór tego koncertu. Jimi przełamał złą passę, ale "Dolly Dagger"nie zabrzmiało już tak znakomicie. Koncert to nie studio. Jimi nie mógł zagrać jednocześnie głównej linii utworu, solówek oraz rytmu spinajacego calość. W konsekwencji Jimi skupia się na linii głównej. Powstaje wyraźna dziura w brzmieniu, której Cox nie jest w stanie zapełnić. To pokazuje, że Jimi w studio grał bardziej kompleksowy i skomplikowany materiał, który nie zawsze brzmiał dobrze na scenie.


I znowu przerwa na dostrojenie gitary. Jimi mówi:"Najwyraźniej wy macie więcej cierpliwości ode mnie". Jimi zmienia na chwilę nastrój i gra spokojnego bluesa "Midnight Lightning", po którym zabrzmiało "Foxy Lady". Po "Foxy Lady" publiczność zaczyna się bardzo ekspansywnie domagać, by zaczął grać znane i lubiane przeboje. Dla Jimiego był to dylemat. Od długiego czasu grał już inny repertuar.

Jimi:

"Ludzie, czy wy na prawdę chcecie słuchać tych starych piosenek? Cholera, ludzie...My staramy się zagrać wam coś nowego. Właśnie obudziłem się jakiś czas temu. Nagraliśmy coś innego i sądzę.......[waha się] sam nie wiem....Dobrze, zagramy coś bardziej znanego."

Kompromisem był "Message To Love" - stosunkowo nowa piosenka, ale już wydana i znana w Anglii. Spokojniejsze piosenki brzmiały lepiej. Łagodne instrumentalne a-capella przechodzi w "Hey Baby" ["New Rising Sun"]. Reszta koncertu była mieszanką starego i nowego. W "Hey Joe" Jimi zaimprowizował kawałek poezji:

"Idę drogą na południe

to droga tam, gdzie mogę być wolny, gdzie nikt mnie nie zna.

Nikt nie będzie pogrywał ze mną.

Żaden cham nie będzie robił ze mnie głupca."


Potem delikatny "I Feel Fine" i tradycyjny "English Country Garden", "Voodoo Child" i na końcu "In From The Storm".


Zdecydowanie nie był to najlepszy koncert. Jimi był zmęczony i zniechęcony od początku. Zajęło wieki zgranie się zespołu i opanowanie sprzętu. W pewnym momencie Jimi musiał zmienić fuzz unit który wysiadł całkowicie. Były cztery długie intra i solówki perkusyjne, które nigdy nie były dobrym znakiem na koncertach Hendrixa. Na wyspie było jeszcze gorzej, gdyż i Mitchell był sztywny. Koncert miał jednak sporo jasnych momentów i fiaskiem bym go nie nazwał, choć tak określiło go sporo recenzentów.


Tekst napisany przez Jimiego na początku września. Prawdopodobnie świeżo po koncercie na Isle of Wight:

"To nie było tak dawno.

Ale wydaje się, że lata minęły od czasów, gdy czułem ciepło promieni Słońca.

Ostatnio rzeczy wydają się chłodniejsze.

Wiatr jest zuchwalszy."

Z.L.


W 1971 roku "Polidor" wydał płytę z muzyką z koncertu.




Billy Cox. Isle of Wight Festival


Jeszcze kilka słów o tym koncercie. Przed Jimi Hendrix Experience wystąpili Free [koncert uważany za jeden z najlepszych w ich karierze] Donovan, Pentagle, The Moody Blues i Jethro Tull. Wszystkie występy były na bardzo wysokim poziomie. Ciekawe, że lider Jethro, Ian Anderson, wspomina ich występ negatywnie, choć wszelkie recenzje są pełne zachwytów, a nawet jego koledzy z zespołu uważają ten występ za udany. Tak więc poprzeczka ustawiona była bardzo wysoko. Wszyscy spodziewali się, że powrót Hendrixa na brytyjską scenę będzie wielkim wydarzeniem i triumfem. Jednak ten długi występ zespołu, był bardzo niespójny. Jak pisał biograf festiwalu Brian Hinton "Poza kilkoma utworami cały występ sprawiał wrażenie chaosu i często nawet zagubienia. Myślę, że jedynym utworem który mógł zachwycić był "Red House Blues".

Zespół wszedł na scenę z ponad półtora godzinnym opóźnieniem. Różne znajduję przyczyny tego opóźnienia w pofestiwalowych wspomnieniach. Folkowy muzyk Ralph Mc'Tell uważa, że przyczyną opóźnienia był stan ducha samego Jimiego.

Opowiada: "Hendrix był bardzo daleki. Jakby nieobecny i przygnębiony. Wszyscy bali się, że Jimi nie wystąpi. Myślę, że mieli poważny powód do zmartwienia."

A jak wyglądała prawda? Być może leży gdzieś pośrodku. Matka Reddinga opowiada, że Jimi przed występem śmiał się i żartował z nią. Sprzeczności na każdym kroku.


Isle of Wight Festival. Ralph Mc'Till z dziewczyną


James "Vishva" Scott

Dla "Vishvy" Jimi był postacią niezwykle ważną. Scott, sam gitarzysta, znawca i wielki fan bluesa, darzył Hendrixa wielkim szacunkiem i podziwem. Marzył o tym, by zasłużyć na przyjaźń tego wspaniałego muzyka. Na wyspie Wight pracował dla Hendrixa bardzo solidnie. Gdy Jimi odlatywał do Southampton "Vishva" podszedł do niego i powiedział, że bardzo chciałby nadal dla niego pracować. Jak opowiada sam "Vishva" Scott, Jimi odpowiedział "Czego ty chcesz ode mnie człowieku? Kim ty w ogóle jesteś dziwna, podstarzała babo?" {Vishva był młodszy od Hendrixa} I Jimi odleciał, zostawiając mister Scotta na wyspie. "Vishva" powiedział, że takie zachowanie u zawsze bardzo uprzejmego i przyjaznego Hendrixa, pokazuje w jak kiepskiej kondycji był wtedy muzyk.




Jednak Jimi stał się symbolem festiwalu na Isle Of Wight. Jego wizerunek pojawia się na plakatach i programach kolejnych festiwali. Często też artyści występujący na kolejnych edycjach coverują ktoryś z utworów Hendrixa, by uczcić jego pamieć. Przed muzeum Dimbola [Domem Julii Margaret Cameron] stoi piękny pomnik Jimiego, a w środku też jest kilka pamiątek z nim związanych.



Jest też przed Dimbola Museum zaklęty w kamieniu plakat Jimiego.

Ta piękna statua z brązu, którą pokazałem powyżej miała stanąć na festiwalowym polu. Nie wyrażono na to zgody. Szef Dimbola Lodge Museum, mister Brian Hinton, zgodził się na ustawienie pomnika w ogrodzie obiektu i pomimo ostrych protestów udało mu się ten pomysł zrealizować. W jego posiadaniu jest list z podziękowaniem od Janie Hendrix. W tym liście siostra Jimiego wspomina też iż "Jimi kochał wielkich wiktoriańskich poetów." Moim zdaniem bardziej to uprzejmościowy ukłon, niż prawda. W Dimbola sporo jest pamiątek po Wiktoriańskich artystach.

List od Janie Hendrix z podziękowaniem dla dyrektora Dimbola Museum


Jimi w porannej mgle ...



Bardzo mało znane zdjęcie.Zrobiono je w trakcie dźwiękowych przygotowań przed festiwalowym koncertem na wyspie Wight. W czasie przygotowań do koncertu na Isle of Wight {sierpień 70} Jimi mocno zdenerwował się problemami z akustyką. Podszedł do perkusji Mitcha i zaczął w nią uderzać, próbując wyjaśnić akustykom czego od nich oczekuje {autorem zdjęcia jest francuski dziennikarz Jean-Pierre Leloir}.



Richie Havens


Po koncercie Hendrixa, w poniedziałek na wyspie Wight wystąpili jeszcze Leonard Cohen, Joan Baez i Richie Havens. Przed odlotem do hotelu, w trakcie występu Joan Baez, Jimi rozmawiał z Havensem. Havens napisał o tej rozmowie w swoich wspomnieniach. Moim zdaniem to bardzo istotna wypowiedź.

Havens: "Jimi był koszmarnie nieszczęśliwy [terribly unhappy], w stanie skrajnej depresji. Poprosił mnie o pomoc. Powiedział "Ja mam na prawdę zły okres. Układy z moim menagerem i prawnikami są okropne. Oni chcą mnie zamordować. Wszystko jest przeciw mnie i to już jest tak koszmarne, że nie mogę jeść ani spać. Ja nie mogę tak dalej, człowieku. Ja potrzebuję pogadać z jakimś dobrym prawnikiem. Ty musisz znać jakiegoś" [ Richie Havens "They Can't Hide Us Anymore"]

Havens zaproponował Jimiemu powrót do Nowego Jorku i kontakt z jego biurem prawnym. Szkoda, że historia potoczyła się inaczej.


Jack Bruce: Kiedy nagrywaliśmy White Room, w studiu z nami był także Jimi Hendrix. Gdy skończyliśmy, [...] wyznał "Boże, chciałbym kiedyś skomponować coś takiego". Na co ja "Ależ Jimi, ja to przecież wziąłem od ciebie!"

Zdzisław Pająk, Eric Clapton - Pielgrzym Rocka


Jimi bardzo bliski był sformowania grupy z Jackiem Brucem.


Tak o tym opowiada sam Jack Bruce. "Grałem z Lifetime Tony Williamsa, co było fantastycznym doświadczeniem. Pod wieloma względami najbardziej ekscytujące muzyczne przedsiewzięcie jakie kiedykolwiek zrobiłem. Tony był prawdziwym geniuszem, ale marzyło mu się by stać się rockową gwiazdą, więc przedstawiłem go Jimiemu. Zamierzaliśmy sformować trio, Tony na perkusji, ja na basie i Jimi na gitarze. To było w 1970 i był to trudny czas dla Jimiego. Jakby utracił duszę. Jego pewność siebie bardzo zmalała. Bardzo chciał i bardzo potrzebował zacząć coś nowego. Myślałem, że jeśli Jimi zacznie grać z Tonym i ze mną będziemy dla niego sekcją zaspokajającą jego wymagania, że będzie to zgodne z jego standardami i będziemy dla niego motywacją. Popchniemy go tak jak ja i Ginger popychaliśmy Erica. To miało być coś dużego....Niestety tak się nie stało. Jimi zmarł. On był pięknym człowiekiem."



Film którego zdecydowanie nie polecam.


26 stycznia 2015roku, film miał premierę na DVD, więc "trafił pod strzechy". O ile trafił, bo recenzje wszędzie fatalne. Recenzja w "Blues Magazine" zaczyna się tak: " Zbyt wiele konfuzji i żadnej ulgi, gdy oglądacie ten kulejący biograficzny portret rockowego bożyszcza." Reżyserowi i autorowi scenariusza, Johnowi Ridleyowi, obrywa się z każdej strony. Kathy Etchingam twierdzi, że film jest stekiem wymysłów niewiele mających wspólnego z rzeczywistością. Roger Mayer, który budował "gitarowe pedały" dla Hendrixa, zarzuca twórcom filmu zupełny brak konkretnej pracy nad dokumentacją. Mówi, iż nikt nawet nie usiłował skonsultować się z żyjącymi jeszcze osobami, które znały Hendrixa i były świadkami, lub bohaterami zdarzeń, o których film próbuje opowiedzieć. Na pewno nie ułatwiło Ridleyowi zadania to, iż firma Janie Hendrix już na wstępie odmówila wszelkiej współpracy. Mógł się jednak trochę bardziej postarać zarówno on, jak i cała ekipa. Andre Benjamin, odtwórca głównej roli włożył sporo pracy w to, by wcielić się w rolę Hendrixa. Pracował nad tym wiele godzin i parę rzeczy udało mu się nieźle. Do perfekcji dopracował specyficzny akcent i przeciągający głoski sposób mówienia Jimiego. Pracował też nad sylwetką. Niestety przesadził. Za dużo tu jąkania się, za dużo powłóczenia nogami. Ludzi nieco bardziej obytych z "ikonografią" Jimiego mocno to drażni. Nie pomogła też aktorowi miałkość scenariusza. Większość czasu Hendrix spędza siedząc na krześle. Jedyna scena gdy okazuje wyraźne emocje to scena z rozmową telefoniczna Kathy (Pani Etchingam twierdzi, że nigdy takiej sytuacji nie było). Cały film mocno zalatuje sztucznością. To, co mogło być dużą atrakcją filmu, leży zupełnie. Wątki obyczajowe (specyficzny slang, narkotyki itp.) są w filmie pokazywane często ale nieudolnie. Zupełnie nie ma atmosfery swingującego Londynu. Na dokładkę sceny londyńskie kręcone były w Dublinie, co wydaje się kompletnym nieporozumieniem. Kasting też filmu nie ratuje. Jedyna chyba w miarę dobra rola to zagrana przez Imogen Poots, Linda Keith. Grana przez Hayley Atwell Kathy, też jest moim zdaniem, miejscami do zniesienia, choć sama pani Etchingham zjechała aktorkę niemiłosiernie. Ale to by było na tyle. Reszta jest okropna. Eric Clapton, grany przez Danny'ego McColgana, jest tutaj jakimś nadętym dupkiem w niczym nie przypominającym Derka. Postać Keitha Richardsa grana przez Ashleya Charlesa, to jedno wielkie nieporozumienie. Ten twardy, zaprawiony we wszelakich potyczkach londyński zabijaka jest tu jakims znerwicowanym wiecznym strachajłą. Nie bardzo wiem, co reżyser chciał pokazać. Jimi przecież podbił Londyn i później Amerykę, a w filmie jakoś cicho o wielkim sukcesie pierwszej płyty czy o Bag o'Nails na przykład. Zabawne są próby pokazania czegoś na skróty. Jedna z nich rozbawiła mnie serdecznie. Zapewne mister Ridley dowiedział się, że Jeffery był niemiłym typem i postanowił to jakoś widzom uzmysłowić. Jest więc w filmie trochę dziwnie wklejona scena, gdzie M. Jeffery rzuca nożami w garnitur wiszący na drzwiach. Mimo mojego, czasem fanatycznego, kolekcjonowania wszystkiego co Jimiego dotyczy, tego filmu nie polecam.

Z.L.


Czterdziesto dwu letni Andre Benjamin, jako dwudziesto kilku letni Jimi Hendrix


Można by powtórzyć za Mitchem iż: "Moim zdaniem te wszystkie późniejsze produkcje, podejrzanej prowinencji i marnej jakości nie mogą mu już w niczym zaszkodzić". Jednak sądze że ten film potrafi zaszkodzić. Jeśli będzie dla kogoś jedynym źródłem wiedzy o Hendrixie, a zapewne w wielu przypadkach tak będzie, narobi sporych szkód. Obawiam sie, że żyjemy w takiej rzeczywistości, iż o wiele więcej młodych ludzi obejrzy ten film, niż przeczyta jakąś biografię Hendrixa. Poznałem w Polsce sporo (wtedy młodych) gitarzystów, którzy kochali muzykę Jimiego, nie wiedząc nic, lub prawie nic o nim samym. Jeśli teraz zaczną się dowiadywać z tego bubla no to..... Szkoda słów.




Specjalne wydanie "Classic Rock" z roku 210. Bardzo wartościowa pozycja. 130 stron poświęconych Jimiemu. Interesujące artykuły, dużo ciekawych zdjęć. Dodatkiem jest świetny film.



90% filmu to wypowiedzi muzyków. O sztuce Jimiego, o jego muzyce i twórczości mówią: Dave Mason, Eric Clapton, Mick Taylor, Eric Burdon, Paul Rodgers, Ginger Baker, Bev Bevan, Stephen Stills i Slash który jest tu bardzo dyskretnym narratorem.


Oraz plakat, z portretem Hendrixa, autorstwa Marka Euricha. Malarz zatytułował ten obraz "Voodoo"




Często, przy okazji dyskusji o "All Along The Watchtower" słyszę opinię, iż wersja Hendrixa jest lepsza od autorskiej, czyli Dylanowskiej. Zawsze gdy spotkam się z takim postawieniem sprawy protestuję i zawsze mówię - nie jest lepsza ani gorsza, jest inna. Sam Hendrix bardzo cenił Dylana i to zarówno jako kompozytora i poetę jak i wykonawcę. Mówił o tym wielokrotnie. W ostatnich wywiadach, gdy Jimi opowiadał o swoich planach, mówił też iż na pewno w jego repertuarze znajdzie się więcej utworów Dylana. Gdy myślę o relacji Hendrix-Dylan, przypomina mi się jak uderzyła mnie rozbieżność w relacji o ich pierwszym i jedynym spotkaniu. Carol Shiroky opowiadała, iż Jimi był ogromnie onieśmielony i nie zdobył się na odwagę by się odezwać. Sam Jimi natomiast opowiada "Spotkałem go tylko raz, ale byliśmy wtedy obydwaj kompletnie nawaleni [dosłownie: were stoned out of our minds]. To było w The Kettle of Fish w Village. Pamiętam to mgliście, byliśmy na prawdę nawaleni i śmialiśmy się na okrągło. Taa...wszystko nas śmieszyło."



Jimi z Anne Bjorndal. Hotel Atlantic. Dania. Arhus 2 wrzesień 1970 rok


2 września 1970 roku Jimi, koszmarnie już przemęczony wyczerpującą trasą wyszedł na scenę w Veibly Risskov-Hallen, sali widowiskowej w Duńskim porcie Arhus. Po trzech utworach Jimi opuścił scenę. Był tak wyczerpany, iż nie był w stanie kontynuować występu. Koncert zostal odwołany. Na domiar złego poprzedniej nocy Billy Cox miał przykrą podróż z LSD. Był w bardzo kiepskim stanie jeszcze przez trzy kolejne dni. Jednym z widzów tego koncertu była norweska dziennikarka Anne Brjorndal. Anne spotkała się też dwukrotnie z Hendrixem. Skutkiem tego był artykuł, który ukazał się 6 września w znamienitym norweskim "Morgenposten" (Nie byle jakie to czasopismo. Pierwszy numer ukazał się w 1861 roku).

Myślę, że artykuł jest interesujący.


"Jimi Hendrix: Nie jestem pewien czy dożyję 28 lat"


Niestety koncert jednego z najwspanialszych gitarzystów w historii rocka, zawiódł nasze oczekiwania. Jimi w Arhus był ogromnie wyczerpany, fizycznie i psychicznie, bardzo napiętym planem koncertów. Nie był w stanie dokończyć koncertu. Była to wielka strata dla nas, a zapewne też bardzo przykre przeżycie dla Jimiego. Wszyscy wiemy jak Jimi potrafi zagrać a tym razem nie do końca się mu to udało. Muszę jednak podkreślić, że te dwa kawałki które zagrał, "Freedom" i "Message of Love" pozwoliły nam poczuć i docenić brzmienie jego muzyki. Bo to była muzyka. Ciepła i wibrująca mimo wszystko. Taka, jaką tylko on potrafi stworzyć. Jimi przywitał nas słowami "witajcie w elektrycznym cyrku" i rozpoczął koncert, który niestety okazał się bardzo krótki. Dał nam jednak trochę czasu na radość. Na cieszenie się wspaniałym brzmieniem jego gitary, perfekcyjnym basem Coxa i mocną, zdecydowaną perkusją Mitcha. Przed opuszczeniem sceny Jimi powiedział: "wrócę wkrótce i dam bezpłatny koncert, którym wszyscy będziecie się cieszyć." Było widać jak bardzo był wyczerpany. Przed koncertem Jimi mówił o ewentualności odwołania występu. Jednak nie czuł się w porządku wobec publiczności i wszedł na scenę.

Dzień wcześniej, gdy spacerowaliśmy po starym porcie Arhus, Jimi powiedział:

"Och piękny porcie! Ten ciągly pęd. To bycie w trasie jest jak nałóg. Nie mamy czasu, nie mamy żadnej szansy zobaczyć tych pięknych miejsc w których gramy."

Powiedział też:

" Wolę grać w Europie, bo tutaj ludzie chcą słuchać i rozumieć moją muzykę. W Stanach obdarzają mnie epitetami, z których najłagodniejszym jest nazwanie mojej muzyki wybrykiem."

"Nie lubię grać w ciemności, gdy nie mogę zobaczyć publiczności. Najlepsze są festiwale na otwartym powietrzu, gdy w dziennym świetle możesz widzieć dla kogo grasz."


Filozofia religii.

Jimi mówił dużo o fenomenach super naturalnych. Powiedział też:

"W rzeczywistości Jezus przyniósł dużo wojen. Był przyczyną większych nieszczęść niż Jingis Chan. Oczywiście nie on sam, lecz jego wyznawcy. A religia powinna nieść pokój. Religia to sprawa prywatna. Każdy musi ją odnaleźć dla siebie. Najważniejsze to umieć żyć w pokoju. Większość ludzi urodzona jest dla życia w miłości i pokoju, ale często wymagania naszych społeczeństw to niszczą".

W reakcji na wypowiedź któregoś z dziennikarzy:

"Dlaczego ciągle słyszę nazwisko Micka Jaggera?! My jesteśmy nastawieni na bardzo odrębne sprawy. Znalazłoby się kilka wspólnych, ale niewiele.

Muzyka jest moim życiem. Moja muzyka jest o życiu i o uczuciach. Praca muzyka, jest jak każda inna praca. Zabiera czas, jak inne zawody. Dla mnie to jeszcze więcej, bo ja poświęcam jej część swojej duszy. Za każdym razem gdy gram.

Są też te szczególne momenty, gdy czuję, że muszę pisać. Najczęściej przed położeniem się spać, gdy tak wiele myśli przebiega przez moją głowę.

Moja gitara jest przekaźnikiem tego, co czuję. Chciałbym, by każdy kto mnie słucha, poczuł to. By był w to zaangażowany. Chcę włączyć światło w tym zgaszonym świecie. Muzyka, jej fazy dźwięku, tworzą kosmos wtedy, gdy wibrują pomiędzy nami."


"Nie jestem pewien czy dożyję 28 lat. To znaczy, że w tym momencie w którym jestem teraz, czuję, że nie mam nic więcej do dodania muzycznie i nie chcę już być na tej planecie. Chyba, że będę miał żonę i dzieci. W przeciwnym wypadku nie mam po co żyć."


Podczas gdy Jimi kontynuował rozmowę na tematy mistyczne padło nieuniknione pytanie, na które Hendrix odpowiedział:

" Ja już nie lubię LSD. Jest nagie i duszne, a ja potrzebuję powietrza" po czym odetchął glęboko.

Hendrix sporo powiedział nam o swym bliskim przyjacielu, liderze grupy LOVE Arthurze Lee.

"Jesteśmy jak bracia. Razem moglibyśmy zmienić ludzi przy pomocy naszej muzyki. Bardzo chciałbym zrobić więcej rzeczy z nim. Nagraliśmy tylko jeden album razem. Myślimy i czujemy w ten sam sposób i wspaniale byłoby móc stworzyć coś razem. Jesteśmy takimi duchowymi cyganami, podróżującymi w około i niosącymi przesłanie poprzez muzykę. Tak jak Arthur uwielbiam czytać baśnie. Kocham opowieści Andersena. Przepadam za "Kubusiem Puchatkiem". Są pełne fantazji i muzyki. Odwołują się do wyobraźni.

Nigdy nie gram piosenki w ten sam sposób dwa razy. Nie mogę zagrać czegoś, czego nie czuję i w co nie mogę włożyć duszy."


O planach na przyszlość Hendrix powiedział:

"Zamierzam utrzymać obecny zespół przynajmniej do końca tej trasy. W tym składzie zagraliśmy okolo 150 piosenek. Myślę, że z 15 z nich trafi na następny, planowany już, album."


Zapytany o nielegalny bootleg nagrany po Woodstoock Hendrix powiedział, że nie dba o to.

I na koniec:

"Ludzie mają nieco dziwaczne opinie na mój temat. Nie wiedzą o mnie nic lub bardzo niewiele a przyklejają mi etykietki. Nienawidzę tego. Na szczęście słabo się trzymają te plakietki. Szczególnie kiepsko przykleja się etykietka szamana."


Tuż przed koncertem Jimi powiedział:

"Jestem kierowcą autobusu, a wy jesteście moimi pasażerami."

Czy to podsumowuje jego muzykę? Dla mnie jest kapitanem statku kosmicznego i chce nas, słuchaczy zabrać do swojej galaktyki. Na scenie emanuje elektryczną energią. Prywatnie jest cichy i pełen namysłu. Jest i wilkiem i owcą. Może wilkiem w skórze owcy?


Arthur Lee i Jimi H.




Jimi w Marquee Club in London. 2 marzec 1967 rok. Słuchał go wtedy Mister Chris Barber. Barber, wybitny jazzman, puzonista i kontrabasista. Kompozytor i lider świetnych bandów. Był wielkim miłośnikiem i znawcą bluesa. Jego zasługi w zaistnieniu bluesa na naszym kontynencie są ogromne. Znał osobiście wiele amerykańskich sław bluesa. Załatwiał im kontrakty w UK. Koncertował z nimi i nagrywał.


Fragment rozmowy Micka Taylora [Rolling Stones] z Chrisem Barberem (2010 rok)


Chris Barber: - Jest sporo młodych czarnych muzyków w Ameryce, dla których wzorem jest muzyka Roberta Johnsona, Big Billa Bronzy'ego i innych z tej epoki. Wszyscy oni pragną brzmieć, jak ci starzy mistrzowie, ale dla mnie żaden nie dotarł tak daleko, by się z nimi równać.

Mick Taylor: - Jestem pewien, że bluesowa tradycja ma wpływ na każdy rodzaj muzyki. Słyszałem mnóstwo młodych bluesowych gitarzystów. No cóż....Na dwóch turach "Tribute to Jimi Hendrix" usłyszałem kilku, którzy mnie zadziwili. Niektórzy mieli prawdziwe wyczucie Delty czy Hookerowego grania.

C.B: - Czucie bluesa jest wszystkim o co tu chodzi. Nie chodzi o techniczne sztuczki. O szybkość, granie zębami i temu podobne grepsy.

M.T: - Niestety nie mam pamięci do nazwisk. Ci gitarzyści grali w "Jimi Hendrix Tribute" którego ja byłem częścią w 2007 roku. Chciałbym sobie przypomnieć ich nazwiska....o, był taki gość: Kenny Wayne Shepard. Jego pamiętam. Kenny, biały facet który jest kapitalnym gitarzystą bluesowym. Klonem Hendrixa, jeśli ktoś tak chciałby to nazwać. Było dwóch chłopaków mocno zainspirowanych Hendrixem. Byli bardzo młodzi. Powiedzieli, że to od Jimiego zaczęły się ich bluesowe aspiracje, ale potem szukali głębiej i dotarli tam skąd ta muzyka pochodzi. Jak my wszyscy.

Stephen Dale Petit: - Jimi [Hendrix] jest tym, który pokazał mi bluesa. Pokazał mi drogę, która doprowadziła mnie do zrozumienia bluesa.

C.B.: - My wszyscy jakoś tam dotarliśmy.

M.T.: - Jego kariera trwała bardzo krótko, ale jego wpływ był olbrzymi. Tak wielu ludzi zainspirował.

C.B.: - Jego perkusista, Mitch Mitchell często mówił, że to co on [Hendrix] zawsze chciał grać, to blues. Słuchałem nieraz gry Jimiego, ale trudno by mi było nazwać to bluesem. Był fenomenalnym gitarzystą i to, co robił było wspaniałe, jednak niewiele czasu poświęcał muzyce, którą mógłbym nazwać bluesem.

M.T.: - Jest parę klipów gdzie Jimi gra solo. Ja słyszałem go dwa razy w przebieralniach, przed koncertami. Grał wtedy solo, dla siebie i był wspaniałym bluesmanem. Gdy wchodził na scenę, zmieniał się i stawał częścią angielskiego rocka. Czuł, że to własnie musi pokazywać na scenie. On był bardzo nieśmiały poza sceną. Jednak gdy stawał z gitarą przed publicznością, stawał się totalnym ekstrawertykiem. Pomyśl o ludziach, którzy z nim grali i ginęli przy jego scenicznej osobowości. Little Richard na przykład.

S.D.P.: - and The Isleys Brothers...

M.T.: - Jeśli jesteś w trasie w Stanach, grasz z każdym rodzajem bluesowych muzyków.

C.B.: - Jeśli grasz w którymś z tych ich klubów, zrobisz najmądrzej grając bluesa.

M.T.: - To jest tak, że większość ludzi zna Jimiego z jego szybkości i technicznych, czasem pirotechnicznych efektów, ale tak na prawdę on był urodzonym bluesmanem.


Stephen Dale Petit i Chris Barber


Rozmowę poprzedzał koncert. Grali Mick Taylor i Ronnie Wood, Stephen Dale Petit, Chris Barber i inni. Koncert miał miejsce 1-szego grudnia 2010 roku w 100 club i jego celem było ratowanie 100 Club przed upadkiem. Rozmowa miała miejsce po tym koncercie i jest sporo dłuższa. Ja wybrałem jedynie fragment, w którym mowa o Jimim.





Znakomity londyński fotograf Gered Mankowitz miał w 1967 roku dwie sesje z Jimim Hendrixem. Mankowitz był najbardziej cenionym i najchętniej angażowanym fotografem w londyńskim środowisku muzycznym lat 60-siątych. Fotografował The Yardbirds, Rolling Stones... Jego zdjęcia trafiały na okładki płyt, plakaty, strony czasopism. Wydał kilka świetnych albumów. Gered Mankowitz jest też wielkim fanem rocka.


Tak, teraz po latach, mówi o Jimim Mankowitz:

"On był geniuszem. Prawdopodobnie nie ma gitarzysty, który nie odnalazł kiedyś Jimiego dla siebie. Może wsród płyt ojca lub kolekcji winyli dziadka. Może w lokalnym sklepie z płytami. On ciągle reprezentuje rewolucyjną wolność ekspresji. To gitarowy dynamit. Wielu chciałoby z nim konkurować, tak jak konkurują z Jimmim Pagem czy Jeffem Beckiem. To niemożliwe. Niezwykła, buntownicza i kontrowersyjna natura Jimiego, jego fenomenalny talent, oraz fakt, iż tak szybko odszedł, wykreowały mit. Z postacią mitologiczną konkurować się nie da."


Zdjęcie zrobione w trakcie, a właściwie w czasie przerwy, pierwszej sesji w lutym 1967 roku. Mitch i Noel wyskoczyli coś zjeść. Jimiemu wystarczyły papierosy.



We francuskim mieście Evreux [Górna Normandia} znajduje się tablica upamiętniająca występ The Jimi Hendrix Experience, który miał miejsce w Novelty Theatre-Cinema 13 października 1966 roku. Występ upamiętniono, mimo iż to nie The Experience byli gwiazdą. Ich występ był bardzo skromny. Zamknęli pierwszą połowę widowiska "Johnny Hallyday Show". Cały występ trwał 15 minut i w tym czasie zmieściły się covery "Kraina tysiąca tańców" "Midnight Hour" [wielki soulowy przebój Wilsona Picketa] "Mercy Mercy" i odstający od tego repertuaru "Hey Joe".


Jimi opuścił Amerykę, by uwolnić się od takiego soulowego repertuaru i jak na ironię, właśnie w takim repertuarze zadebiutował z nową grupą. Tak to komentuje Mitch Mitchell: "Nie mieliśmy wyboru. Zespół miał w miarę przyzwoicie przygotowane sześć kawałków. W tym, naszym pierwszym turnee graliśmy jeszcze "Killing Floor" i "Wild Thing". W Evreux i na to nie dano nam czasu."


Cóż....Gwiazdą był Johnny Hallyday. W latach 60-siątych Johnny był gwiazdą na miarę The Beatles, ale tylko we Francji. Może jeszcze, w pewnym stopniu, w Kanadyjskiej prowincji Quebec. Johnny śpiewał {a też mówił} wyłącznie po francusku. Francuzi kochali Johnny'ego a tamtejsze media hołubiły go wręcz absurdalnie. W mediach, francuskich oczywiście, Jimi ginął w porażającym blasku Johnnyego.

Fragment artykułu, który ukazał się w lokalnej gazecie nazajutrz po koncercie:

"Najnowszym odkryciem Johnnyego Hallydaya [sic!] jest bardzo kudłaty piosenkarz i gitarzysta, który jest kiepską mieszanką Jamesa Browna i Chucka Berry'ego. Krzywił gębę ze sceny około kwadransa i czasem szarpał struny zębami."


No cóż....Za to Hollyday występował z tłumem popiskujących i wymachujących nogami "tancerek". Rzecz gustu..Jimi ma w Evreux tablicę pamiątkową. Wiekowy Hallyday śpiewał jeszcze długie lata, ale kto o nim pamięta?

Hendrix miał szczęście do odkrywców. Jak nie Little Richard to Hallyday.

Albo kot Fredek.


- Wstawać! Wstawać! Pora na śniadanie!!! - Parę taktów Jimiego Hendrixa zazwyczaj skutkuje.

Z.L.


Po powrocie z Francji, w kwietniu 1967 roku The Experience wyruszyli w trasę z ekipą promującą w Wielkiej Brytanii nową płytę amerykańskiej kapeli The Walker Brothers. Ta płyta, zatytułowana "The Fabulous" cieszyła się później sporym powodzeniem w Anglii. W Stanach, ojczyźnie zespołu, nie zrobiła wrażenia.



Przyznam, że mnie kapela Johna Walkera nie podobała się nigdy. Biorąc pod uwagę, iż praktycznie całe koncerty były w miłym i słodkim stylu, łatwo się domyślić, że to co pokazali The Experience, odbiegało zdecydowanie od muzycznego oblicza tego touru. Jednak zespół Jimiego nie był ze swoich występów zadowolony. Tak o tym mówił Mitch Mitchell:

"Ach, ten sławetny Walker Brothers tour. Występowaliśmy wtedy z The Walkers, Engelbertem Humperdinckiem, Catem Stevensem i kilkoma towarzyszącymi im muzykami. Zdecydowanie nie były to dobre koncerty, ale który nasz koncert w tym czasie można by nazwać dobrym? "


Jimi Hendrix, Cat Stevens i Gary Leeds

Trasa miała promować płytę The Walkers i to oni mieli być jej głównymi bohaterami. Wszystkich jednak przyćmiła wielka gwiazda owych czasów, Engelbert Humperdinck. To on okazał się największym magnesem przyciągającym publiczność i budzącym zainteresowanie mediów.




.


Opowiem wam o miejscu bardzo w karierze Jimiego istotnym. To miejsce to nocny klub "Cafe Wha?" mieszczący się przy Grenwich Village w Nowym Jorku. Tam, przez kilka miesięcy [wiosna-lato 1966] Jimi ze zmontowaną przez niego kapelą Blue Flames dawał co nocne koncerty, które szybko stały się nowojarską sensacją. Początkowo było to trio z Dannym Caseyem na bębnach i Randym Palmerem na basie. Szybko jednak Jimi rozszerzył grupę do kwartetu. Gdy testował na tyłach Manny Music przy 48 Ulicy nowo kupionego Stratocastera, spotkał czwartego do kapeli. Był to 15-letni uciekinier z domu w Californi, Randy Wolfe. Sam Randy tak o tym opowiada: "Nasze oczy spotkały się i zapytałem, czy mogę pokazać mu parę zagrywek. Dał mi Strata i trochę pograłem. Jimi kazał mi przyjść wieczorem do "Cafe Wha?" Pograłem z nimi tej nocy i przez wszystkie następne. Do końca nie wiedziałem, że Jimi nazywa sie Hendrix. Dla mnie cały czas był to Jimi James."

Ponieważ w zespole było dwóch Randych, Jimi nadał im przezwiska. Wolfe to był Randy California a Palmer Randy - Texas. To przezwisko California spodobało się Wolfemu i później używał go we własnej kapeli "The Spirit". Jimi miał dużo większe od kolegów umiejętności i doświadczenie. Dlatego przed koncertami dawał im szybkie lekcje. Odbywały się one w kotłowni [boiler room] klubu "Cafe Wha?". Tam znajdowała się garderoba i pokój wypoczynkowy zespołu. Tam też Jimi nauczył ich jak grać "Hey Joe", "Wild Thing" i rhytm and bluesowe standardy {Jimi zdecydował by grać "Hey Joe" w rytmie wolniejszym od orginału}.

W zespole Jimi śpiewał i grał pierwszą gitarę, a California dodawał rytm i czasem efekty slide-guitar robione z pomocą szyjki od butelki po "7-Up". Początkowo i Jimi i Randy grali na wspólnym wzmacniaczu Sears Silvertone. Później Jimi dorobił się swojego wzmacniacza Fender Deluxe Reverb. Dopiero wtedy Jimi opanował do perfekcji swoją gitarę i jak wspomina jego przyjaciółka, Carol Shiroky "zaczął grać tak, że ściany i podłoga drżały, a słuchaczom opadały szczęki." A nie byle jacy to byli słuchacze. "Cafe Wha?" był wielką nowojorską atrakcją. Przychodzili tu znani aktorzy. Częstymi gośćmi byli aktorzy Sean Connery i James Coburn. Przychodziło wielu muzyków. Richie Havens, który grywał w pobliskim "Night Owl" przyprowadzał do Cafe Wha? swoich angielskich znajomych, muzyków z grup The Kinks i The Yarbirds. Havens tak to wspomina: "Oni wychodzili po koncertach w "Wha?" roztrzęsieni i zaszokowani. Rozumieliśmy wszyscy, że Jimi to już inna liga i że nigdy mu nie dorównamy."


Jednym z zachwyconych Jimim gości "Cafe Wha?" był legendarny bluesman z Chicago, Mike Bloomfield, który wspomina, iż po usłyszeniu Jimiego miał problemy z oceną własnych umiejętności gitarowych i że było to dla niego istotnym problemem. Najważniejszym dla Jimiego gościem "Wha?" był jego idol Bob Dylan. Dylan przyszedł posłuchać Jimiego pewnej czerwcowej nocy. Tak opowiada o tym Carol Shiroky: "Po koncercie poszliśmy wszyscy do Kettle of Fish na drinka. Jimi był ogromnie zmieszany i onieśmielony. Pewnie dlatego Bob i Jimi nie porozmawiali ze sobą. Dylan opowiadał o swoim spotkaniu z wielkim jazzmanem Theleniousem Monkiem. Opowiadał, że przedstawił się Monkowi jako muzyk folkowy a Monk odpowiedział - "Tak na prawdę to my wszyscy gramy folk."Jimiemu bardzo spodobała się ta opowieść i żartował potem, że tak naprawdę to on gra folk."

I jeszcze taka ciekawostka. Jednym z kawałków granych przez Blue Flames w "Wha?" był cover "Rain" The Beatles, w którym Jimi naśladował wokal Johna Lennona.



The Blue Flames koncertowali nie tylko w Cafe Wha?. Grywali też w innych miejscach, ale dane mam bardzo niepewne. Na pewno pod koniec lipca dali koncert w nowojorskim Harlemie. W samym Wha? Jimi grywał nie tylko z Blue Flames. Grywał z zespołami goszczącymi w klubie a 28 lipca zagrał z "domową" kapelą Cafe Wha? Był to stały klubowy zespół, którego liderem był basista Tommy Butler. Jimi zagrał z Butlerem i jego perkusistą, którego nazwiska nie znam. Ciekawy był to set, gdyż panowie zagrali bez żadnych przygotowań i tuż przed występem ustalili co będą grać. Drugiego i trzeciego sierpnia w Nowym Jorku dali dwa koncerty The Animals. Po koncercie, w kuluarach Ondine, Linda Keith spotkała się z Chasem Chandlerem. Opowiedziała mu o Jimim i zaprosiła na koncert do Wha? Chandler przyszedl do Wha? czwartego sierpnia. Opowiadał później, iż te chwile gdy usłyszał po raz pierwszy "Hey Joe" w wykonaniu Jimiego zostaną na zawsze w jego pamięci. Po tym koncercie w pobliskim Kettle of Fish odbyło się pierwsze businessowe spotkanie Chandlera z Hendrixem. Na początku sierpnia zespół opuścił perkusista Danny Casey. Jego miejsce zajął Danny Taylor. W tym samym czasie Jimi rozszerzył skład zespołu o 16-letniego Marka "Moogy" Klingmana. Mark grał na organach i harmonijce ustnej.

Chas Chandler zdecydował, że "Hey Joe" trafi na pierwszy wydany w Anglii singiel Jimiego. Pomysł okazał się znakomity.

Z.L.



Randy California. Miał to szczęście, że będąc zagubionym nieco 15-latkiem, wpadł w sklepie muzycznym na Jimiego. Wtedy, w Cafe Wha?, zaczęła się jego kariera muzyczna. Jimi uważał, iż Randy ma wielki talent i już wtedy, tego 15-latka, uważał za bardzo dobrego gitarzystę. Randy, we wszystkich wywiadach, nazywa Hendrixa przyjacielem, nauczycielem i mistrzem.


Jimi miał zwyczaj w czasie podróży, w samolotach, autokarach, pisać na luźnych karteluszkach wstępne szkice tekstów. Później, najczęściej w hotelach, po koncertach, tekst nabierał ostatecznego szlifu. Jimi zapisywał teksty na hotelowych papeteriach.


Lub w zeszytach z tekstami...


Jimi napisał ponad sto tekstów piosenek.


Jimi przy pracy nad tekstem.Grafika Thomasa Yeatesa




Za kulisami Monterey Pop Festival. Do występu jeszcze kilka godzin, lecz jak widzicie atmosfera mocno napięta. Z tyłu za Jimim Noel Redding i John Enwistle z The Who.

Ale po kolei...

Dla Jimiego The Beatles byli mistrzami. Jak mówił podziwiał ich muzykę i kochał kreatywną wolność, którą w tej muzyce odnajdował. Pierwszego czerwca 1967 roku miało miejsce bardzo ważne wydarzenie w świecie muzyki. Premiera albumu "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band". Nowe brzmienie, nowe standardy. Wielki przełom w ruchu muzycznym zwanym psychedelia. Wielu muzycznych publicystów zakłada, że psychedelia zaczęła sie od "Sierżanta Pieprza", ale to dygresja.

Album "The Experienced" wysoko uplasował się na brytyjskiej top - liście i zespół Jimiego zaczął już być bardzo pozytywnie postrzegany przez świat muzyczny UK. Menager The Beatles, Brian Epstein zorganizował The Experience koncert w London Saville Theatre. Publiczność Saville żyła "Sierżantem Pieprzem" i gdy Hendrix Experience zagrali swoją wersję, widzowie wpadli w zachwyt. Wsród zachwyconych byli też Paul Mc'Cartney i George Harrison. Tak tą wersję skomentował Mc'Cartney: "...Po prostu niewiarygodne. Świetne. Najlepsza interpretacja naszego kawałka jaką kiedykolwiek słyszałem."


Podziw Mc'Cartneya zaowocował udziałem Experience w Monterey Pop Festival. Paul Mc'Cartney był gościem honorowym festiwalu i postacią w świecie muzycznym bardzo znaczącą. Mc'Cartney zarekomendował Jimiego organizatorom festiwalu, Lou Adlerowi i Johnowi Phillipsowi {lider The Mamas and the Papas}. Mimo, iż nie znali muzyki Hendrixa, przekonał ich, że Experience warci są by wystąpić na tej znamienitej imprezie. Organizatorzy zadbali o wielką muzyczną różnorodność festiwalu. Obok młodych psychedelicznych kapel z Los Angeles i San Francisko zaproszono wielkie sławy z bardzo różnych muzycznych kręgów. Na festiwalu wystąpili Lou Rawls, Simon i Garfunkel, Otis Redding....

The Experience zagrali w dniu kończącym festiwal, w niedzielę. W tym dniu zagrali też: Indyjski mistrz sitaru Ravi Shankar, Greateful Dead, Blues Project i The Who. Na zapleczu sceny kilka godzin trwały deliberacje pomiedzy The Who i The Experience kto ma pierwszy wejść na scenę. Nikt nie chciał grać po "konkurencji". Sporu nie dało się rozstrzygnąć i zaczęło być "ostro". Sprawę rozwiązał John Phillips. Powiedział: "Rzucamy monetę i niech to rozstrzygnie ostatecznie. Koniec awantur." Wygrali The Who. Jimi wskoczył na krzeslo i wykrzyknął: "Skoro mam grać po The Who, wolę powyrywać progi z gitary". Ale występ Who oglądnął i dobrze go potem wspominał. A The Who faktycznie mocno naenergetyzowali publiczność. Zagrali z niesamowitą pasją, która na końcu występu przerodziła się w prawdziwą furię. Zakończyli występ "My Generation" w mocno destrukcyjnym stylu. Pete Towshend rozbijał na strzępy gitarę, a Roger Doltrey szalał z mikrofonem, który w końcu też zakończył żywot. Na końcu, gdy na scenę wypłynęły kłęby dymu, Keith Moon porozrzucał z hukiem swój zestaw perkusyjny, a wszystko to przy ryku ostrych sprzężeń wzmacniaczy.


Tak jak się Hendrix spodziewał, The Who udowodnili, że po ich występie trudno będzie zdobyć zainteresowanie publiczności. Problemem było też to, że jak The Who byli już w 1967 dość w USA znani, tak Experience kojarzyło bardzo niewielu. Owszem, liczyli się w Europie, ale w Stanach? Dla czterdziestu dyktujących muzyczne mody i praktycznie decydujących czego należy słuchać amerykańskich radiostacji, Experience byli zbyt trudnym zespołem. Nie mieli ochoty ich lansować i w Stanach nie zaistnieli. Trochę pomogło, że występ zapowiedział Brian Jones [tak, Stones], ale i tak aplauzu nie było. Raczej grzecznościowe brawka. A jednak Hendrix wygrał. To, co pokazał zaskoczyło i na prawdę zaszokowało publiczność. Jimi tym jednym występem zdobył Amerykę. Jimi genialnie obmyślił ten spektakl. Ile zaplanował, a ile narodziło się spontanicznie, nigdy się nie dowiemy. Ale już sam dobór i kolejność utworów był świetnie przemyślany. Experience zaczęli od niezwykle energetycznie zagranych coverow: "Killing Floor" Howlina Wolfa i "Rock Me Baby" B.B Kinga. Po niesamowicie mocno zagranym "Can You See Me" publiczność odpoczęła nieco, przy przepięknej "The Wind Cries Mary" [znakomity pomysł]. Potem jeszcze jeden cover. Jimi zaśpiewał "Like a Rolling Stone" Dylana. A zaśpiewał niezwykle. Jak by opowiadał własną historię. Własny ból. Udało mu się utrzymać ten nastrój przy "Hey Joe". A potem, no cóż, zaczęło się to, co zakończyło występ. "Wild Thing". Niezapomnniane. W kilku Hendrixowskich publikacjach, rozdziały o Monterey Festival, mają tytuł "Wild Thing". Jimi zapowiedział ten utwór. Powiedział: "Zaśpiewam wam Angielsko-Amerykański hymn......... Chcę też teraz poświęcić coś, co na prawdę kocham." I zagrali. Opisywanie tego wykonania mija się z celem. Było nieprawdopodobnie emocjonalne, dzikie, szalone, przepełnione erotyzmem. Mocne efekty, sprzężenia, niepokojący puls basu i perkusji podkręcały emocje do maximum. Niezwykły efekt dało bardzo zręczne wplecenie fragmentu "Strangers in the Night" Franka Sinatry. Skończyło się na podpaleniu i rozbiciu gitary. Jednak jak destrukcja Towshenda kojarzyła się z wściekłością, wrecz furią, performance Jimiego cały czas pełen był erotyki i trudnego do określenia piękna. Nieraz spotykałem się ze stwierdzeniem, że Jimi na scenie zrastał się z gitarą. Gitara stawała się jego częścią. Byli jednym ciałem. W tym Montereyowskim "Wild Thing" szczególnie mocno to się działo. Kiedy Jimi niszczył gitarę, to jakby niszczył i poświęcał część siebie. Zespół zszedł ze sceny w ciszy. Publiczność takiego koncertu jeszcze nie widziała i ludzie musieli się otrząsnąć. Szaleństwo zaczęło się po chwili. Myślę, że rock nigdy nie doświadczył takiej wybuchowej mieszanki energii, erotyzmu i dzikości, na prawdę Wild Thing.


Jimi o Monterey:

"Wszystko było perfekcyjne. Takie jak chciałem. W UK myślę o Ameryce każdego dnia. Tęsknię. Jestem Amerykaninem. Chciałem, by moi rodacy mnie zobaczyli. Chciałem też sprawdzić, czy możemy tam zaistnieć. I zrobiliśmy to. Zrobiliśmy to po swojemu. To było tylko nasze i nikogo innego. Pokazaliśmy nasze rock-blues funky brzmienie i to na prawdę zwróciło uwagę ludzi. Czułem jakbyśmy naprowadzali cały świat na tą nową sztukę. Najbardziej ukochaną sztukę, która jest też we mnie. Dlatego zniszczyłem na końcu moją gitarę. Trzeba umieć poswięcić to, co się kocha. Kocham moją gitarę."


Ten występ, którym Jimi zdobył Amerykę, jakoś dziwnie nie został zauważony przez prasę. Dosłownie kilku dziennikarzy zauważyło Experience i te recenzje były bardzo pozytywne. Ciekawie wygłupił się magazyn "Billboard". Zacytuję wam tą kuriozalna "recenzję":

"The Jimi Hendrix Experience pokazali, że na pewno są experience, ale z muzyką niewiele mają wspólnego. Słuchaliśmy przeraźliwego skomlenia, kwików i wrzasków, którym towarzyszyła komicznie napuszona perkusja. Performance Hendrixa świetnie nadaje się do podburzania tłumów, ale sztuką nie jest. Podobne numery wymyślał Chuck Berry już 15 lat temu, ale on umiał to robić. Hendrix ma spore problemy z frazowaniem. Pieje jak kogut i wymachuje jak szaleniec gitarą, na której nie potrafi grać."


Ten bełkot w najmniejszym stopniu nie zaszkodził Hendrixowi i nie przeszkodził w triumfalnym powrocie do Ameryki. Zaszkodził natomiast "rozkoszny" Michael Jeffery. Załatwił zespołowi beznadziejną trasę i beznadziejne supportowanie grupie The Monkees. Chandler się autentycznie wściekł. Wykrzyczał, że teraz Experience powinni grać w takich salach jak Filmore West, a nie włóczyć się po stadionach jako ogon Monkees. Wypomniał Jefferemu kompletny brak rozumienia muzycznego rynku. Komentarz samego Hendrixa:

"The Monkees są takimi plastikowymi pół-Beatlesami. Nie zrozum mnie źle. Osobiście ich lubię. Szczególnie Mickeya i Petera. Ale nie ich muzykę. Nie wiem też dlaczego mieliśmy grać za darmo. Wszystko było do kitu. Plakaty aż krzyczaly Monkees, a Experience ledwo widoczne. Nikt nie wiedział, że będziemy grać i nikogo to nie obchodziło. Te nasze "5 minut" publiczność zakłócała krzykiem. Domagali się Monkees. To był fatalny pomysł. Dobrze, że się szybko skończyło."

Z.L.


Z Brianem Jonesem. Monterey Pop Festival 18 czerwiec 1967r. Autor fotografii, Paul Kagan, wyraźnie zainteresowany był Brianem i na nim skupił obiektyw.



Zdjęcie pochodzi z Zurychu z 30 maja 1968, gdzie odbył się "Beat Monster Concert", w którym obok Jimiego wzięli udział: Eric Burdon z New Animals, John Mayall z Bluesbreakers, Traffic, Small Faces, The Move, Koobas, Eire Apparent oraz miejscowy Anselmo Trend. O tym koncercie, rozbitym przez policję, opowiada Zdzisław Pająk w książce "Eric Burdon - Feniks Rocka".



Michael Jeffery, niesławny menager Jimiego zawarł z Hendrixem umowę wybitnie dla artysty niekorzystną. Gwarantowała mu ona 40% zysku z każdego koncertu a koszta dodatkowe (nie małe) ponosił Jimi. Skutkiem tego, Hendrix którego honoraria w szczytowym okresie kariery sięgały 100 000 dolarów za koncert, miał nieustające problemy finansowe. Jeffery dążył wszelkimi sposobami do tego by być jedynym menagerem Hendrixa i by w pełni uzależnić artystę od siebie. Ma na pewno spory udział w zniechęceniu i odejściu Chasa Chandlera. Parę słów, które nieźle charakteryzują pana Jeffery'ego. Michael Jeffery był agentem brytyjskiego wywiadu MI-5. Pracował w sekcji rosyjskiej [świetnie mówił po rosyjsku]. Miał więc ścisłe powiązania z wywiadem, ale też niemałe ze światem przestępczym. Nosił zawsze ciemne okulary i w kaburze pod pachą berettę, ulubioną spluwę agentów i gangsterów. Tego, że nosi broń nie ukrywał. Pieniądze lokował na tajnym koncie na wyspach Bahama na nazwisko Yameta. Były nie do wykrycia. Sprawa wydała sie dopiero po jego śmierci. W Nowym Jorku przecenił chyba swoje możliwości. Zaplątał się w układy z Philem Basile, ważną figurą w mafijnej rodzinie Lucchese. Basile zmusił go, by supportem w trasie Jimi Hendrix Experience była grupa Vanilla Fudge. Jak opowiadał później Noel Redding, Experience nie byli fanami Vanilla Fudge.

Redding: "To nie był nasz styl. Ich muzyka nie odpowiadała nam i nie pasowała do nas. Spytałem Jeffery'ego dlaczego akurat oni mają nam supportować. Powiedział mi, że on tu nie ma nic do gadania i mnie też radzi się do tego nie mieszać."


Jeffery załatwiał zbyt wiele koncertów, często bardzo fatalnie zorganizowanych. Nie dbał o nic poza zyskiem. Nawet o bezpieczeństwo zespołu. Koncert Denver Pop Festival na Mile High Stadium omal nie skończył się tragicznie. Na stadionie wybuchły groźne zamieszki. Policja użyła gazu łzawiącego, a zespół ewakuowano do vana zaparkowanego za stadionem. Rozwścieczeni "fani" mocno uszkodzili vana. Wgnietli ściany i podziurawili dach. Po tym incydencie, mocno zniechęcony Noel Redding wsiadł w samolot do Anglii (do The Experience już nie wrócił).

Jeffery przejął pełną kontrolę nad Jimim, gdyż Redding był, słabym co prawda, ale jednak oponentem. To, że sfrustrowany Chandler przestał Jimiemu menagerować, było moim zdaniem zdarzeniem dla Hendrixa tragicznym. Wielu ludzi ze środowiska muzycznego uważało, iż Jeffery jest człowiekiem bardzo nieuczciwym i równie bardzo niebezpiecznym. Z dużą niechęcią wypowiadają się o jego reputacji Eric Burdon i Brian Auger. Przyjaciele radzili Jimiemu, by rozstał się z Jefferym i złożył przeciw niemu pozew do sądu. Jimi nie potrafił się na to zdecydować. Koszty, np. utrzymania Electric Ladies Studio, rosły zastraszająco. Jimi miał też rozliczne inne wydatki, z którymi niezbyt sobie radził. Skutkiem tego Jimi nie miał żadnych oszczędności i obawiał się, że zmiany mogą go postawić w tragicznej sytuacji finansowej. Jeffery skutecznie go tym straszył. Też pamięć jego dawniejszego ubóstwa, oraz brak umiejętności stworzenia rygorów finansowych były skutkiem swoistej blokady psychicznej. Jimi w tym świecie, tak dalekim od sztuki, był zupełnie bezradny. Jednak w końcu nazbierało mu się. Zwrócił się do Chandlera z prośbą by ten zajął się spowrotem jego sprawami. Chandler pamięta, iż Jimi powiedział mu, że potrzebuje menagera, któremu mógłby ufać i z którym mógłby porozmawiać też o muzyce. Ta rozmowa miała [wedlug Chandlera] miejsce w środę w nocy a w piątek rano Jimi juz nie żył.

Jimi zmarł w pokoju hotelowym, wynajmowanym przez jego niemiecką przyjaciółkę, Monikę Danneman w Samarkand Hotel. Wersja Scotland Yard: Przyczyną śmierci było przypadkowe przedawkowanie Vesparaxu, który w kombinacji z czerwonym winem spowodował torsje. Torsje dostały się do płuc i spowodowały śmierć przez uduszenie. Już jednak w wywiadzie dla mediów jeden z inspektorów stwierdził, iż przyczyną zgonu były narkotyki i alkohol. I tak to pokutuje do dziś w wielu publikacjach. Vesperax trudno narkotykiem nazwać. To niemiecki środek z grupy barbituranów. Ma działanie przeciw lękowe, uspakajające i ułatwiające zaśnięcie. Jego odpowiednikiem na polskim rynku jest Relanium. Tak więc z narkotykami nie całkiem tak. Wino. Dziwne, że Scotland Yard tak potraktował wyniki autopsji. Jest oficjalna i dostępna, a mówi: "Bardzo duża ilość czerwonego wina w płucach denata, niewielka ilość we krwi i również znikoma w żołądku wskazuje na to, że wino było wlewane do ust przez osobę lub osoby trzecie z użyciem siły." Zastanawiające jest też zachowanie Moniki Dennemann. Ogromna panika i kilkukrotne zmienianie zeznań mogą wzbudzać spore wątpliwości.

Jedna z pierwszych osób, która przybyła pod Samarkand Hotel był Eric Burdon. Opowiada:

"Gdy wysiadłem z samochodu zobaczyłem ogromnie spanikowana Monikę [Dannemann]. Gdy szedłem w jej stronę zobaczyłem na szybie zaparkowanego przed hotelem Opla napis. To było słowo napisane palcem na wilgotnej szybie. Poznałem charakterystyczne pismo Jimiego. To słowo to Love."


Zacytuję tu jeszcze wypowiedź Lindy Keith:

"Myślę, że Jimi miał jeden wielki problem. Problem, który nie opuszczał go przez całe życie. Jimi zawsze był dziecięco ufny i naiwny. Za jego śmierć winę ponoszą wszyscy, którzy znali go a nie potrafili zrozumieć."

Z.L.



Zdjęcie zrobione przez wszędobylskiego reportera, bez wiedzy widniejących na nim osób. Wiele mówi ta fotka o relacjach Jimiego i Jeffery'ego. Szkoda, że tak wrażliwy artysta trafił na bezwzględnego przestępcę. Wielu publicystów piszących o życiu Hendrixa {Harry Shapiro, Zdzisław Pająk, Chris Welch i inni} podkreśla fakt, że działalność Mike'a Jeffery'ego była dla Hendrixa bardzo szkodliwa pod wieloma względami. Jeffery hamował nawet rozwój muzyczny artysty. Może czegoś nie wiem, ale nie rozumiem co pana Jeffery'ego predysponowalo by zajmować się muzyką [nie licząc pazerności ponad przeciętnej]. Zdaniem Erica Burdona, Jeffery miał "drewniane ucho" i muzyka go mało interesowała. Zdaniem Chasa Chandlera zupełnie nie rozumiał zasad kierujących rynkiem muzycznym. Szkoda, że drogi Jimiego skrzyżowaly się z drogą tego typa.



W piątek, 17-stego lipca 1970 roku Jimi wystapił na New York Pop Festival. Koncerty odbywały się w kilku miejscach w Nowym Jorku. Jimi zagrał na stadionie Downing na nowojorskiej wyspie Randall's Island. Zespół zagrał: "Stone Free" / "Fire"/"Red House"/"Message To Love"/"Lover Man"/"All Along The Watchtower"/"Foxey Lady"/"Ezy Ryder"/"Star Spangled Banner"/"Purple Haze" i "Voodoo Child [Slight Return]" Jimi nie wspomina tego festiwalu dobrze. Radykalne organizacje Young Lords, Black Panthers*] i inne lokalne grupy znacząco zakłóciły przebieg imprezy. Agresywne gromady wymuszały wolny wstęp na koncerty. Ponad osiem tysięcy z 25 tysięcznej widowni koncertu Jimiego nie zapłaciło za wstęp. Na koncerty Steppenwolf i Jethro Tull wdarł się bezbiletowy tłum i dla "obiletowanych" zabrakło miejsc. Eddie Kramer poprosił Jimiego o pozwolenie na filmowanie i rejestrowanie koncertu. Hendrix nie wyraził na to zgody. Jak opowiadał później, powodem odmowy było fatalne samopoczucie oraz rozdrażnienie zachowaniem publicznosci i fatalną organizacją całej imprezy. Faktycznie panował kompletny chaos. Kilka z zapowiedzianych koncertów nie odbyło się. Inne skończyły przed czasem. Choć Hendrix źle wspomina ten koncert, miał on też jasne strony. Szczególnie zasługuje na uwagę znakomita wersja "Red House" która jest dostępna na dwu płytowym "Voodoo Child the Jimi Hendrix Collection" Zachowały się też "Foxy Lady" i "Star Spangled Banner". Nigdy i nigdzie nie ukazały się nagrania innych utworów z tego koncertu.


*] W wielu publikacjach napotykałem na kompletnie sprzeczne, czasem absurdalne informacje na temat kontaktów Hendrixa z Black Panthers. Sam się w tym już pogubiłem i nie wiem gdzie leży prawda.



Aż do Newport Pop Festival, trzydniowej imprezy [20-22 czerwiec] nie było tak wielkiego rockowego koncertu. Na scenie pojawili sie Spirit, Joe Cocker, Creedence Clearwater, Steppenwolf, Juthro Tull, Eric Burdon, The Rascals, Johnny Winter, The Byrds, Marvin Gaye, Ike and Tina Turner. Hendrix otwierał pierwszą noc festiwalu. Ostatnią rzeczą na którą Jimi miał ochotę tego dnia, było wystąpienie przed wielotysięczną publicznością. Artysta czuł się fatalnie i jego silne rozdrażnienie znacząco wpłynęło na przebieg koncertu. Jego obniżony nastrój związany był z dwoma osobistymi problemami, które dokuczyły mu w tych dniach. Dzień wcześniej Jimi musiał polecieć do Toronto by stawić się przed sędzia Robertem Taylorem na wstępne przesłuchanie. Sędzia zdecydował, że Jimi ma stawić się przed sądem ósmego grudnia i że będą mu postawione zarzuty przemytu i rozpowszechniania narkotyków. W Kanadzie mogło się to skończyć poważnym wyrokiem. Kaucja wyniosla 10 000 dolarów i miecz Damoklesa zawisł nad głową Hendrixa. Jimi musiał zostać w takiej zawieszonej, niepewnej sytuacji do końca roku. Z kolejnym problemem zetknął się Jimi już w Newport. Niedługo przed wejściem The Experience na scenę, Noel Redding poszedł do przyczepy w której mieściła się garderoba Hendrixa. Zastał tam Jimiego w otoczeniu około ośmiu fecetów reprezentujących Czarne Pantery. Jimi wyglądał na śmiertelnie przerażonego i wejście Noela wyraźnie mu ulżyło. Wyglądający jak "sierotka" basista na pewno nie przestraszył groźnych gości i nie mógł by być w niczym pomocny. Na szczęście po wejściu Noela panowie postanowili opuścić przyczepę z własnej woli. Black Panther Party byli w 1969 roku bardzo już radykalną organizacją. Dawno zapomnieli że mają być samoobroną. Organizacja bardzo sie rozrosła i praktycznie wypowiedziała wojnę Ameryce. Potrzebowali dużych funduszy na broń i na wszelkie organizacyjne działania. Zdobywali fundusze nie przebierając w środkach. Sądzę, że próbowali wymusić haracz od Hendrixa podobnie jak czynili to w wielu innych przypadkach. Z jakim skutkiem nie wiem, gdyż informacje na ten temat są bardzo sprzeczne.


Trixie Sullivan, asystentka M. Jeffery'ego, wspomina pewną noc w Filmore West:

"Jimi przygotowywał się na zapleczu sceny do koncertu gdy przyszło do niego dwóch czarnych facetów. Oni wyglądali bardzo krwiożerczo. Nie było mi do śmiechu. Wyzywali Jimiego od białych negrów i bóg wie jak jeszcze. Przyszedł Bill Graham i kazał im sie wynosić. Jimi Leverton powiedział mi później - to Czarne Pantery przyszły upomnieć się o forsę. Nie wpuszczono mnie wtedy za scenę bo tam zrobiło się na prawdę niebezpiecznie. Trixie, trzymaj się z daleka od takich sytuacji."


Pantery dzwoniły nawet do londyńskiego mieszkania Hendrixa, wiedząc że Jimi jest w trasie w Stanach. Telefony odbierała Kathy która tak to wspomina: "Prawdopodobnie on [Jimi] obiecał im jakieś pieniądze i oni chcieli bym posłała im czek. Odmówiłam, ale zadzwonili dzień lub dwa później i powiedzieli bym ruszyła swój biały tyłek z mieszkania i załatwiła pieniądze. Gdy później opowiedziałam o tym Jimiemu, wpadł w furię. Nigdy nie widziałam by tak się wściekł." Kathy poszła na policję, ale panowie policjanci nie zaintersowali sie sprawą. Skończyło się na spisaniu zeznania.


Jako jeden z najsłynniejszych czarnych celebrytów, Jimi nie był w stanie uniknąć finansowych wymagań politycznych partii. Jednak Hendrix nigdy nie był zainteresowany działalnością polityczną. Nigdy nie chciał zaistnieć w czarnej polityce. Jeśli już, to jego polityczne sympatie bardziej skierowane były na sprawy amerykańskich Indian jak czarnych. Jednak Jimi gotów był udzielić jakiegoś poparcia dla niektórych "pozytywnych akcji". Panter, mimo iż nigdy nie chciał by utożsamiano go wyłącznie z czarnymi korzeniami. Nie chciał być tak kojarzony ani muzycznie ani emocjonalnie. Jego politycznym credo była jego muzyka. Takie songi jak "House Burning Down" "Peace in Mississippi" czy "Captain Coconut" niosły wyraźne przesłanie. Jimi nie znosił żadnych łatek [etykietek jak mawiał]. Przezwisko kokos [coconut] - ciemny na zewnątrz, biały w środku, jakie nadały mu Czarne Pantery, mocno go wkurzało. Ale....jak to z Hendrixem, łatwej jednoznaczności nie oczekujcie. W styczniu 1969 magazyn "Teenset" wydrukował wywiad z Jimim. Artykuł miał tytuł "Jimi Hendrix - Czarna Siła i pieniądze". Na pytanie, co będzie gdy pokojowe metody protestu zawiodą [byla to wszak epoka hippies] Jimi odpowiedział:

"Wtedy weź Black Panthers, nie by zabijać, ale by odpowiednio przestraszyć. Trudno to wyrazić. Wiem, że to brzmi wojną. Ale to musi być wojna, jeśli inne metody zawiodą. Mówisz Make love not war i podobne hasła, ale gdy wracasz do rzeczywistości, gdzie tylu sukinsynów w około wymaga byś był pasywny, pokojowy i słaby by mogli cię rozsmarować jak dżem na kanapce....No, trzeba zwalczać ogień ogniem."

Cokolwiek chciał Jimi przekazać, wybrał nie to pismo. Żaden czarny, ba żaden radykalny biały nie czytałby "Teenset".


Wróćmy do Newport. Tłum zareagował entuzjastycznie gdy Jimi wszedł na scenę. Jednak, jak wspomniałem powyżej, Hendrix nie miał dobrego dnia i nadmiar entuzjazmu mocno go rozdrażnił. Gdy Jimi chciał zagrać cichsze i spokojne wejście do wolnego bluesa "Getting my heart together again" nieustający ryk tłumu zagłuszył go kompletnie. Jimi starał się zacząć ten kawałek, przerwał jednak po chwili z okrzykiem "fuck off" Zaczął znowu i przerwał ponownie przemową do publiczności: "Mam nadzieję, że nie gramy dla stada zwierząt, więc nie zachowujcie się jak zwierzęta...............Przecież ja tylko staram się zagrać dla was na gitarze." Spróbował jeszcze raz zagrać ten song, ale w końcu poddał się, nie mogąc uciszyć widowni. Powiedział "wy tylko dławicie się wrzaskiem. Fuck you." Resztę koncertu zagrał plecami do publiczności. Gdy emocje opadły Jimi nie był zadowolony ze swojego zachowania. Chciał jakoś wynagrodzić publiczności ten piątkowy występ i w niedzielnym jamie zagrał rewelacyjnie. Pojawił się na scenie z Buddy Milesem, Ericem Burdonem i Mother Earth, z którymi śpiewała bardzo podobna do Janis Joplin, Tracy Nelson.


Jimi grał ponad dwie godziny. W pewnym momencie Buddy Miles powiedział "Nie ciągnijmy już tego. Mam dość." Ale Jimi grał dalej. Dla artystycznego edytora magazynu "Image" z Los Angeles (podpisanego inicjałami A.R.) był to najbardziej imponujący koncert jaki miał kiedykolwiek zobaczyć. Tak o tym napisał:

"Hendrix wydawał się znać instrument lepiej niż jakikolwiek gitarzysta, który kiedykolwiek żył. On zatrzymywał się tylko wtedy gdy chciał pozwolić pograć innym, ale ani raz nie powtórzył żadnego riffu. Jego kreatywność była niezwykła. Zmieniał style od bluesa do jazzu, od rocka do rhytm and bluesa. Wszystko to z zaskakującą łatwoscią. Był Wesem Montgomerym, BB Kingiem, Claptonem, lecz przede wszystkim sobą. Zapakuj to w jedną, pełną muzycznej furii paczkę i to będzie Hendrix. To było tak, jakby Hendrix przeszedł do zupełnie innego muzycznego wymiaru. Ludzie. Hendrix grał poza naszym wymiarem."

Z.L.



Linda Keith


Hendrix miał osobowość skomplikowaną i pełną sprzeczności. Mocno charakteryzowało go to, iż był bardzo dojrzaly twórczo, artystycznie a jednocześnie bardzo niedojrzały emocjonalnie. Często spotykam stwierdzenia, iż był bardzo chłopięcy, a wręcz nawet dziecinny. Myślę, że było to skutkiem jego bardzo traumatycznego dzieciństwa. Równie często spotykam opinię, iż Jimi był bardzo otwarty i szczery {czasem aż za bardzo}. Był też niezwykle lojalny. Szczególnie dla przyjaciół i ludzi, których za przyjaciół uważał. Często był przez otoczenie wykorzystywany. Na pewno nie ułatwiała mu też życia bezradność w sprawach finansowych. I tu znowu kolejna sprzeczność. Z jednej strony Hendrix był ponad to i sprawiał wrażenie jakby nie zwracał uwagi na te problemy, z drugiej zdarzało mu się bardzo przejmować i denerwować problemami finansowymi.

Ostatnie spotkanie Jimiego Hendrixa z Lindą Keith miało miejsce w londyńskim klubie "Tramp" przy Jermyn Street. Tak to spotkanie wspomina Linda:

"Byłam w klubie ze swoim aktualnym chłopakiem. Jimi przyszedł z dziewczyną. Chłopak, z którym byłam był bardzo ważny dla mnie. Właśnie wybieraliśmy się na wspólny rejs po Morzu Śródziemnym. Miało to umocnić nasz związek. Jimi zachował się bardzo dziecinnie. Byłam mocno tym skrępowana i zmieszana. Opowiadał o naszych nowojorskich relacjach, o braterstwie krwi które zawarliśmy wtedy......Jimi poprosił mnie bym poszła z nim na piętro do szatni klubu, gdyż coś dla mnie ma. Dał mi tam futerał, w którym był Stratocaster i koperta z listu, który napisałam do niego, cztery lata wcześniej, w Nowym Jorku. Listu w niej nie było. W środku futerału był podpis JINX. Jimi pokazał mi to i powiedział - popatrz, to ja."


W czasie koncertu na wyspie Wight Jimi zadedykował "Foxy Lady" Lindzie Keith. Do "Red House", utworu napisanego po ich kwasowej przygodzie dodał jedną linijkę tekstu. Zaśpiewał: "Musiałem opuścić to miejsce, bo moja Linda już tam nie mieszka." Z drugiej strony, w innym miejscu Linda wspomina, iż w Nowym Jorku Jimi powiedział jej: "Bardzo Cię lubię, ale chcę byś wiedziała że mam dziewczynę. Jest ważna i chcę się z nią często spotykać." Chodziło o Lithofayne Pridgeon.

Z.L.





Stratocaster, który przyleciał z Jimim ze Stanów. Gitara systematycznie ozdabiana przez Jimiego rysunkami i napisami. Jimi rozstał się z nią w trakcie koncertu w Saville Theater in London 4 czerwca 1967 roku. Jimi dopisał na dole gitary ostatnie zdanie i rzucił ją publiczności. Napisał: "Moja droga gitaro......proszę, odpoczywaj w pokoju. Amen." Gitara trafiła do Paryża.




25 listopada 1966 roku Jimi zagrał po raz pierwszy w londyńskim "Bag O'Nails Club". Klub mieścił się przy Kingly Street nr. 9. Bardzo blisko było do Carnaby Street, ulicy mieszczącej 5 słynnych butików, w których ubierał się cały swingujący i psychedeliczny Londyn. Tutaj Jimi do swoich chust, kapeluszy i pierścieni, dołączył bardzo zdobne, barwne koszule i gwardyjskie kurtki.

"Bag O'Nails Club" szybko stał się londyńską wizytówką Jimiego. Tutaj odbywały się konferencje prasowe i koncerty, na których gościł cały londyński muzyczno - artystyczny świat. Tutaj przychodzili słuchać Hendrixa Paul Mc'Cartney, John Lennon, Pete Towshend, Mick Jagger, Brian Jones, Jeff Beck, Donovan...

Tutaj Jimi spotkał po raz pierwszy Rogera Mayera. Mayer zaprojektował, dla zaprzyjaźnionych z nim Jeffa Becka i Jimiego Peage'a, urządzenia bardzo wzbogacające brzmienie ich gitar. Dwa tygodnie od pierwszego spotkania Mayer zaprezentował Hendrixowi nowy elektroniczny sprzęt. Rozbudowaną i udoskonaloną wersję swojej Octavi. Roger Mayer współpracował z Jimim do końca jego kariery. Był obecny w studio przy pracy nad drugim albumem Hendrixa "Axis: Bold as Love". Efekty specjalne, które słyszymy na tej płycie, są jego autorstwa.

Przy okazji Mayerowskiej Octavi takie nasunęło mi się skojarzenie: Sharon Lawrence nazwała rok 1964 rokiem gitarowej konstrukcji i destrukcji. W 1964 Roger Mayer zaprojektował pierwszą Octavię. W tym samym roku Jimi Hendrix po raz pierwszy, w trakcie trasy Georgeous George Odell, podpalił gitarę. W tym samym roku, w trakcie próby, rozdrażniony Pete Towshend, rozwalił na kawałki swoją gitarę. Kit Lambert powiedział mu "Pete, rób to w czasie koncertu" i Towshend wziął sobie tą radę do serca.

Z.L.

Bag O'Nails Club. 9 Kingly Street. Soho. London




Autorem tego zdjęcia jest znakomity brytyjski fotograf David Redfern. Jego specjalnością jest fotografia muzyczna. W ciągu 45 lat pracy zawodowej zrobił ponad 10 000 zdjęć muzyków. Jego autorstwa jest też to bardzo słynne i bardzo często publikowane zdjęcie Jimiego:



Jego mniej znane, a moim zdaniem, bardzo ciekawe fotografie Hendrixa





Późnym wieczorem ,16 września 1970 roku ,Jimi jamował w Ronnie Scott Club wraz z Erikiem Burdonem i jego War. Zagrał w dwóch utworach. "Mother Earth" i "Tabacco Road". Hendrix był gościem zaproszonym do Ronnie Scott przez Burdona.


Był to ostatni występ Jimiego. Nagrania zachowały się i można je spotkać na kilku pirackich bootlegach, lecz ich jakość jest bardzo marna.




We wrześniowym numerze Jazzwise z 2013 roku, znajdziecie bardzo interesujący materiał. 18 wrzesnia, 43 lata wcześniej Jimi Hendrix zmarł w hotelu Samarkand w Notting Hill w Londynie. Dużo już napisano na temat tego, jaką muzyczną drogą podążyłby ten genialny gitarzysta i kompozytor. Roy Carr, znakomity i doświadczony dziennikarz, spotkał się z Jimim 16 września w Ronnie Scott Club. Skutkiem tego spotkania jest artykuł zakończony wywiadem z Jimim. Wywiad dotyczy właśnie muzycznych planów Jimiego i jest ostatnim wywiadem w życiu artysty. Artykuł, wydobyty z archiwum Carra ukazuje się po raz pierwszy w pełnej wersji. Myślę, że warto się z nim zapoznać.

Wieczorem, 16 września 70 roku, Jimi Hendrix pojawił się niespodziewanie w Ronnie Scott Club, gdzie później jamował z jego dobrym przyjacielem Ericem Burdonem i jego L.A. jazz-funksters War. To było trzy tygodnie po Isle Of Wight Festival i niecałe czterdzieści osiem godzin przed jego śmiercią. Jeżeli w trakcie występu na wyspie Wight widać było znużenie Jimiego to kiedy jamował z Burdonem i War wyglądał już na skrajnie wyczerpanego. Jimi nie był ofiarą własnego fenomenalnego sukcesu. Był artystą starającym się pozostać wiernym swej orginalnej wizji w obliczu narastającego wokoło niego szumu medialnego i agresywnych wymagań ludzi związanych z przemysłem muzycznym. Jimi pragnął pozostawić za sobą czasy "stert kolumn marshalla" jednak jego fatalnej reputacji manager, oszust z kryminalnymi koneksjami, nie pozwalał na to. Mike Jeffery ciągle chciał rozkręcać maszynkę produkującą pieniądze, czyli obraz Jimiego jako rockowego dzikusa. Ciemna pogłoska, legenda to czy fakt, opowiada, iż pewnego dnia Jeffery z pistoletem w łapie złożył Jimiemu "propozycję nie do odrzucenia", by przywołać go do porządku. Jeszcze bardziej mroczna pogłoska mówi, że manager uświadomił sobie, iż martwy artysta byłby dla niego bardziej dochodowy. Widać było, iż wszystko to odcisnęło wyraźne piętno na Hendrixie. Skóra Jimiego przybrała niezdrowy szary odcień, którego nawet stłumione światło w Ronnie Scott Club nie było w stanie ukryć. Jego afro wyglądało na dużo krótsze i pokazaly sie w nim siwe pasma. Powieki podkrążonych oczu zwisały ciężko. Tak tetniący niegdyś życiem język jego ciała wyraźnie osłabł, a ten, dobrze znany, rozbrajający uśmiech zaczął nagle wygladać na wymuszony. Zbyt wiele przeżył już Jimi w swym krótkim, a szalonym życiu. Miał zaledwie 27 lat a wyglądał na co najmniej czterdzieści. Jimiego otaczaly sępy, a ilu było ludzi, którzy pracowali faktycznie dla dobra artysty trudno ustalić. Zapewne niewielu. Kolejnym czynnikiem, który na pewno mocno dokuczył Hendrixowi były masowe imprezy zwane "festiwalami rockowymi." Woodstoock Festival był pięknym i udanym przedsięwzięciem. Jednak szybki i ogromny zysk jaki festiwal przyniósł, stał się przyczyną, iż podobne imprezy zaczęto organizować wszędzie, gdzie był wystarczająco duży płaski teren i możliwość postawienia sceny. Niestety publiczność na tych koncertach to były głównie takie trochę śmieszne, trochę straszne postacie przekonane, iż są wyjątkowe, a muzyka w towarzystwie sexu i dragów czyni ich prawdziwie wolnymi. Objawiała się ta wolność często w sposób przerażający. Festiwal na Isle of Wight nie był wyjątkiem. Szczęście, że nie doszło do jakiejś poważnej tragedii w czasie tego trzy dniowego koncertu, bo przebiegu zdarzeń nikt już nie kontrolował, a publiczności w East Afton było około pół miliona. Deszcz nie padał, ale namiastką błota z Woodstoock stały się wiecznie zapchane i przeciekające toalety. Jimi, który już od prawie dwóch lat nie występował w UK był najważniejszym gościem tego festiwalu, gdzie występowała wszak plejada gwiazd. Jimi nie był w formie. Dodatkowo dokuczliwe okazały się problemy ze sprzętem i nagłośnieniem. Mocno też przeszkadzały incydenty ze strony publiczności. Komentarz Hendrixa: "Kto chciałby wytrzymywać takie gówno. Ja na pewno nie. To nie ma nic wspólnego z robieniem muzyki. To wszystko jest gówno warte". The Isle of Wight Festival był początkiem pechowej trasy europejskiej. W Niemczech, na wyspie Fehmarn {kolejny festiwal} bardzo zaszkodziła działalność band motocyklowych. Kradzieże, napady, pobicia. Z kolei w Rotterdamie, ktoś dodał do drinka Billego Coxa thorazynę, co omało nie zabiło artysty [odbilo sie trwale na kondycji fizycznej i psychicznej Coxa - dopisek mój].

Po tym zdarzeniu Jimi wrócił do Londynu [Cox wkrótce odleciał do Stanów]. Chociaż Jimi nadal był jednym z najsłynniejszych koncertujących artystów, jego nagrany w ramach kontraktu album "Band Of Gypsys" spotkał się z bardzo nierównym przyjęciem. Dało się słyszeć głosy, iż nagrania Jimiego nie sprzedają się tak dobrze, jak wtedy gdy pierwszy raz wstrząsnął sceną muzyczną. Ale to był czas gdy nierealistyczne wymagania i zadania spotykały wszystkich muzyków. Jednych to wzmocniło, innych zniszczyło. W tym okresie było wiele fatalnych wypaleń artystów bardzo wysokiego profilu. Wtedy wszak rozpadli się The Beatles, a w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy The Band Of Gypsys, The Gypsy Suns and Rainbows i The Cry Of Love przeszli do historii. To był ten moment, kiedy Jimi, pomijając presje managerskie, mógłby zerwać z przeszłością. Ikona trąbki, Miles Davis opowiadał, że był poproszony by zreorganizować zespół Hendrixa. Rok wcześniej Miles i jego perkusista Tony Williams planowali nagranie albumu z Hendrixem. W ostateczności do tego nie doszło. Obwinano o to Davisa. Okazało się jednak, że managerowie nagle zażądali 50.000 dolarow zanim pozwolą artyście wejść do studia z Jimim. To samo spotkało Williamsa. Jimi - "Wierzę, że gdyby pozwolono decydować muzykom, moglibyśmy zrobić dużo więcej. To na ogół managerowie wszystko pieprzą."

Ronnie Scott Club to najprężniejszy ośrodek jazzu w Europie. By jeszcze uatrakcyjnić ofertę klubu, Ronnie i jego partner Pete King zaprosili Erica Burdona z War na tygodniowy cykl koncertów. W przeciwieństwie do wielu niebieskookich "soulowych chlopców" Eric Burdon był bardzo lubiany przez czarnych artystów. Zasłużył sobie na to wspaniałymi możliwościami wokalnymi, ale też szczerą pasją i ujmującą osobowością. Chas Chandler mawiał - "Eric, tak na prawdę nigdy nie wybaczył swoim rodzicom, że nie byli czarni".

Erica i Jimiego łączyła wspaniała przyjaźń. Mimo, iż był najważniejszą osobą na scenie, Jimi zawsze okazywał wielki respekt ludziom, z którymi tą scenę dzielił. Tej nocy Jimi nie chciał być gwiazdą. Zagrał z War jako jeden z sekcyjnych muzyków. To było takie jamowanie przyjaciół dla zwykłej przyjemności grania. Początkowo Jimi był lekko niepewny, ale szybko zaadoptował się, gdy zespól zagrał "Tobacco Road" Johna D. Loudermilke'a spopularyzowany przez The Nasshville Teens. Po tym był "Mather Earth" Memphisa Slima. Hendrix grał bardzo partnersko z gitarzystą War, Howardem Scottem. Nie chodziło o to, kto ma być lepszy, lecz o wspólną ideę. Po tym późno nocnym koncercie zespół udał się do małej garderoby połączonej z barem dla muzyków. Jimi powoli zanurzył się w fotelu i wyprostował nogi. Mogliśmy zacząć wywiad. Jimi często potrafił być podczas rozmowy całkiem klarowny, ale czasem tak odpływał w siebie, że trudno było znaleźć sens w tym, co mówił. Tym razem był gdzieś pośrodku między tymi skrajnościami.

Wywiad, bardzo interesujący, będzie w kolejnym moim wpisie.



Ostatni wywiad Jimiego. Ronnie Scott Club. Londyn, Soho. Już po północy, więc 17 wrzesień 1970 rok.

Roy Carr - Jakie są twoje najbliższe plany?

Jimi Hendrix - Zamierzam zagrać na pierwszym rockowym festiwalu na Wenus. Tak, poważnie. Może z Sun Ra. Sun Ra mówi, że pochodzi z Wenus, więc powinien znać tam jakieś dobre kluby.

RC - Czy w takim razie, biorąc pod uwagę, że nie masz obecnie swojego zespołu, zamierzasz dołączyć do Sun Ra Arkestra?

JH - Nie jestem pewien jakie są moje plany na resztę tego roku. Wiem, że powinienem robić album z Milesem [Davisem]. Kiedy to nastąpi nie wiem. Kto jeszcze tam będzie... Kto będzie grał na nim? Prawdopodobnie Tony Williams na perkusji. W przeciągu ostatnich kilku lat Mitch Mitchell i Budy Miles byli jedynymi perkusistami, z którymi pracowałem, więc może być niezła zabawa, gdy użyję Tony'ego do tej nowej muzyki, tego nowego kierunku, w którym zamierzam iść. Tony jest daleko do przodu. Bardzo wyprzedza innych perkusistów. Może użyję Larry'ego Younga, z którym już nagrałem kilka kawałków. Larry jest orginałem. Nie tak jak inni organiści, których dotychczas spotkałem. Na prawdę zachwycają mnie te albumy, które zrobił dla Blue Note. Kocham jego albumy "Unity" oraz "Love and Peace". Larry nie boi się podjąć ryzyka. On nie jest naśladowcą Jimiego Smitha. Ma swój styl, który jest podobny do stylu Johna Coltrane'a. To jest ktoś, z kim na prawdę chciałbym grać. On był i jest inspiracją. Jak niektóre ze wczesnych albumów Wesa Montgomerego, szczególnie "The Incredible Jazz Guitar". On używa kciuka, co daje taki cieply dźwięk. I sposób, w jaki używa oktaw... Nie ma nikogo takiego jak on. Co do innych chłopaków, z którymi bedę grał, czas pokaże...

RC - Jakie są twoje aktualne plany związane z Milesem?

JH - Rzecz z Milesem powinna się zdarzyć kilka miesięcy temu. Niestety weszły w to pieniądze. Pieniądze zawsze są przeszkodą. Ale to tylko Miles, lub może ludzie, którzy mu doradzają {Jimi śmieje się znacząco}. Powinna być świetna zabawa, kiedy w końcu to się stanie. Jak Miles, chcę stworzyć nową muzykę, nowy rodzaj jazzu. On to już kilka razy zrobił, ale to co ja chcę zrobić, a może zrobimy razem, to jazz, lecz nie taki jak znacie. Może to nie jest jazz jaki znaliśmy. Może jest... Wiem dokładnie w mojej głowie jak to brzmi. To nie brzmi jak muzyka, ktorą dotychczas nagrywałem, czy to co graliśmy dzisiaj. Nic takiego. Ta muzyka, którą War zagrali jest dobra, ale ja będę robić coś zupełnie innego. Wielu to zaskoczy. Dam ci znać we właściwym czasie. Teraz mam nowy album. To będzie podwójny album {The First Rays Of The New Rising Sun}.

RC - Powiadasz nowy rodzaj jazzu? Mógłbyś z nim przyjść do tych wszystkich "znawców" jazzu odpornych na wszelkie zmiany?

JH - Od najwcześniejszych dni Louisa Armstronga aż do dzisiaj, muzyka nazywana jazzem, ciągle się zmienia i zawsze odnosi do czasów, w których jest tworzona. Tak jak powiedziałem, może muzyka, którą teraz słyszę w mojej głowie, jest nową formą jazzu? Nie wiem, to się zobaczy. W każdym razie zamierzam być bardzo zajęty.

RC - O jakich jeszcze projektach myślisz?

JH - Są również plany, by nagrać płytę z Gilem Evansem. Nie mogę się tego doczekać. Kocham te albumy, które zrobił z Milesem. W szczególności "Sketches Of Spain" takie dźwięki... Ta pasja. On maluje muzykę w takich bardzo żywych kolorach, więc ja tylko mogę mieć nadzieję, że gdy wreszcie znajdziemy się w studio uchwycimy ten sam rodzaj magii. Bo to jest magiczne. Czysta magia. Może Miles zrobi to z nami, może nie. Tak wiele rzeczy powinno się zdarzyc, a nic z nich nie wynikło. Zbyt wiele stoi na drodze muzyce. Zbyt wielu prawników. A od kiedy prawnicy mają cokolwiek do muzyki? Większość z tych, których spotkałem uważa, że wie o niej więcej niż artyści. A jest ich mnóstwo dookoła. Kiedyś Miles zainteresował się sposobem, w jaki Sly and Family Stone dodają jazz do ich utworów i chciał wypróbować kilka orginalnych pomysłów z nimi. Nic z tego nie wyszlo. Czyżby znowu ci prawnicy?

RC - Co z rzeczami, które nagrałeś z Johnem Mc'Laughlinem?

JH - To nie było nic więcej niż jam i sądzę, że cieszyłem się z tego grania dużo bardziej od Johna. On jest bardzo krytyczny na temat swojego grania. Jest perfekcjonistą. Bawiliśmy się muzyką i nie myśleliśmy, by to kiedykolwiek zaistniało na płycie. Będziemy musieli posłuchać tych nagrań jeszcze raz i zobaczyć czy jest tam coś godnego uwagi. Ja nie sądzę, aby tak było.

RC - Czy chciałbyś znowu zagrać z Ericem i War?

JH - Teraz, jeśli wszystko miałoby się zawalić {śmiech} zawsze mogę zrobić album z Ericem. Byłaby świetna zabawa. Chciałbym też nagrać więcej piosenek Boba Dylana, ale mówiąc prawdę, zaczynam być bardzo zmęczony. Czasem, tak jak tego wieczoru, gram po prostu w zespole takim jak War. Tak jak miałem zwyczaj robić kilka lat temu w Stanach. Po klubach, jak z Isley Brothers czy Wilsonem Pickettem. Niedużo pieniędzy, ale mnóstwo zabawy. Teraz rzeczy łatwo wymykają sie spod kontroli. Jest zbyt dużo presji. Wszyscy oczekują od ciebie, że będziesz grał tak jak oni chcą, a nie tak jak ty chcesz grać. Pojmujesz?! Dlatego tak podziwiam Milesa Davisa i nie mogę się doczekać, by z nim pracować. Facet jest gotowy, by podjąć ryzyko, nie ma wielu innych gotowych to zrobić. Są zadowoleni z bezpiecznego grania. Również dlatego tak lubię szalone idee Rolanda Kirka. On jest kolejnym orginałem, który podejmuje ryzyko. Ale najpierw, zanim popracuję z Milesem i Evansem, chcę się zrelaksować i gdzieś popłynąć. Odpłynąć gdzieś na Pacyfik. Na jakąś Pago Pago. Taką wyspę zrobioną z kokainy z zaledwie jednym drzewem palmowym po środku, bym miał pod czym leżec cały dzień. Potrafisz to sobie wyobrazić? Nie trzeba mi żadnych tańczących dziewcząt. Zdecydowanie nie chcę tam żadnych managerów ani prawników. Czy ktoś znajdzie mi taką wyspę?

Nagle, podobnie jak wiele myśli Jimiego, ta zwyczajnie sie urwała. Niewiele godzin później to samo stało się z jego życiem.




Parę słów o gitarach Hendrixa.



Jimi z dwunasto strunowym Zamaitisem 1967 rok


Pierwszą gitarę dostał Jimi od ojca. Al kupił ją na raty, gdyż nie było go stać by zapłacić od razu pełną cenę. Wkrótce gitara została ukradziona. Koledzy z zespołu złożyli się na instrument dla Hendrixa. Była to Danelectro Silvertone.


Jimi z z gitarą od chłopaków. Ma na sobie słynną czerwoną marynarkę, której wypożyczanie kosztawało go więcej, niż zarabiał wówczas na koncertach.


Trzecią gitarą Jimiego był dość dla mnie tajemniczy instrument noszący nazwę Kay [w kolorze białym]. Tej gitary Hendrix używał bardzo krótko. Na kolejnej, czwartej gitarze Jimi grał już ponad dwa lata. Był to wiśniowy Epiphone Wiltshire. Potem, w 1964 zaczęła się era Fenderów, którym Jimi został już, z kilkoma wyjątkami wierny do końca. Pierwszy był Fender Duo Sonic. Grał też Jimi na fenderach Jazzmaster, Jaguar i Mustang, lecz jego faworytem zawsze był model Fender Stratocaster. Od 1964 roku do końca kariery Jimi grał na trzydziestu sześciu "Stratach" w przeróżnych kolorach. Kilka z nich były to modele przystosowane dla gitarzystów leworęcznych. Grywał też Jimi na Gibsonach Les Paul, Flying V i ES-335. Grywał na instrumentach mniej popularnych firm. Grał na gitarze Guild SF-V Starfire [model DeLuxe], Epiphone Casino, Hofner Club 40 i Gretch Corvette. Najbardziej "egzotycznym" instrumentem była włoska Goya, na której Hendrix zagrał kilka koncertow w Stanach w 1968 roku.


Jimi z Goyą

Gitary akustyczne Hendrixa to ta powyżej pokazana dwunastka Zamaitisa, Epiphone Acoustic, Gibson Acoustic J-200, Washburn, Guilt i Martin. Hendrix nigdy nie rozbił gitary akustycznej.

Jimi wiele gitar porozdawał. Przeważnie muzykom, ale nie było to regułą. Gitary dostawały też kobiety.

Gdy Jimi mieszkał w Nowym Jorku często odwiedzał sklep Manny's Musical Instruments, który mieścił się przy 48 Ulicy. Jimi kupował tam bardzo różne gitary, a kupił ich całkiem sporo. Nie znam ich dalszych losów {oprócz dobro, którą Jimi dość szybko rozbił w czasie koncertu}. Kupił w tym sklepie gitary: Mosrite electric dobro, Rickenbacker, Firebird, dwa Fendery i dwie akustyczne; Guilda i inkrustowanego macicą perłową Martina.







Jimi nigdy nie używał klasycznego metal bottle neck [rurki na palec]. Jednak lubił bawić się tą techniką. Jak opowiadają przyjaciele, nieraz slideował sobie przy pomocy szklanki, butelki, czy innych przedmiotów.


Tutaj slide z pomocą puszki po piwie w trakcie przerwy w koncercie {Kuluary Hunter College. Nowy Jork 2 marzec 1968 rok}





Opowieść Mitcha Mitchella spisana przez nowojorskiego dzinnikarza muzycznego Johna Platta.


Moim zdaniem pozycja godna uwagi, choć zapewne niejeden czytelnik oczekiwałby czegoś więcej po wspomnieniach Mitcha. Można by się spodziewać obszerniejszej i bardziej szczegółowej relacji. Niejednego może też rozczarować brak sensacyjek i skandalików. To bardzo wyważona i raczej pozbawiona kontrowersji opowieść. W tej niewielkiej, 176 stron tylko, publikacji udało się Mitchellowi bardzo zgrabnie pokazać rozwój i karierę The Experience. Książka jest bardzo interesująco zilustrowana reprodukcjami plakatów i ciekawymi, unikalnymi zdjęciami. Dużo tu interesujących, a czasem całkiem zabawnych opowieści z trasy i pracy w studio. Czuje się w tych opowieściach muzyczny dynamizm zespołów Jimiego {Mitchell opowiada tez o Billym Coxie]. Bardzo wyważenie i bez zbędnej "sensacyjkowości" opowiada Mitchell o relacjach między muzykami w zespole i o wzlotach i upadkach The Experience. Ciekawe, że niektóre zdarzenia Mitchell przedstawia zupełnie inaczej jak je ukazał w swoich wspomnieniach Noel Redding.

Książka miała trzy wydania. Pierwsze w 1990 roku. Ostatnie w 1998. Nigdy nie była wydana w Polsce. Przetłumaczyłem kilka fragmentów i będę je tu sukcesywnie zamieszczał.


Mitch:


"Pracowałem z The Blue Flames od osiemnastu miesięcy. W każdy poniedziałek band dostawał kasę za granie. Tego konkretnego poniedziałku poszliśmy do biura managera i dowiedzieliśmy się, że jesteśmy zwolnieni. Każdy band, który pracował dla organizacji Rika Gunnella, od Johna Mayalla po Zoot Money, przychodził po forsę w poniedziałki. W ten feralny poniedziałek współpraca z Blue Flames skończyła się. Wchodziliśmy kolejno do biura i każdy usłyszał to samo - przykro nam, ale jesteś zwolniony. Bardzo mnie to przygnębilo. Tym bardziej, że jako najmłodszy w kapeli i ten który dołączył ostatni, dostałem na koniec jakieś marne grosze. Poszedłem do chaty przyjaciół w Ealing, gdzie wtedy mieszkałem i zastanawiałem się, co dalej. Już następnego dnia zadzwonił Chas Chandler. Powiedział, że ma artystę, którego przywiózł ze Stanów i spytał, czy byłbym zainteresowany graniem z nim. Dodał jeszcze - Wszystko, co mamy na razie to zapewnione dwa tygodnie z Johnym Hallydayem we Francji.

Dobra - powiedziałem - ale jaka jest umowa? - Przyjdź i zagraj. Zobaczymy - odrzekł Chas. Wykonałem kilka telefonów i okazało się, że oni przesłuchali już chyba każdego cholernego perkusistę w Anglii, nie jednego z nich znałem. Zaskoczyło mnie to, że w takiej dziurze jak Londyn na ogół słychać, co się dzieje w około, a ja nie słyszałem nawet słowa o tym facecie, choć był już w Anglii od dwóch tygodni. Nikt nic mi nie wspomniał, a on grał już z Cream, Zoot Money i innymi ludźmi, których znałem i spotykałem. Perkusiści, których przesłuchiwali, przeważnie moi kumple, też nie wspomnieli ani słowem o tym. Z drugiej strony, gdybym wiedział o tym wcześniej, czy coś by to zmieniło? Byłem z Georgie Fame, co prawda bez stałej umowy, ale za każdy koncert przyzwoicie mi płacono. Byłoby ciężko zrezygnować ze 120 funtow tygodniowo dla niepewnego grania. Byłem też zadowolony z tego, co robię. Robiłem całkiem dużo, jak na 18-sto letniego dzieciaka. Na przesłuchaniu było trochę dziwnie. Spotkałem tego czarnego gościa z bardzo szaloną fryzurą, ubranego w prochowiec Burberry. Wyglądał całkiem normalnie, z wyjątkiem tych włosów. Trzeba pamiętać, że to było przesłuchanie dla mnie, między dwiema sesjami innych muzyków. Jimi mówił cicho i wydawał się być bardzo delikatnym i nieśmiałym człowiekiem. Od razu było dla mnie jasne, że jest bardzo dobrym gitarzystą, ale na tym etapie uderzyło mnie najbardziej to, że potrafił grać w tak wielu różnych stylach. Pamietam, że chyba na początku zagraliśmy "Have Mercy Babe". Jimi właściwie nie śpiewał, bardziej mruczal do muzyki. Chas musiał wydobywać z niego by cokolwiek zaśpiewał. Graliśmy wtedy z żałosnymi głośnikami i bardzo kiepskimi wzmacniaczami w maleńkim klubie w piwnicy. Okazało się, że obydwaj z Jimim lubimy taką samą muzykę. Przez dwie godziny graliśmy Chucka Berry'ego, Wilsona Picketta i inne rhytm and bluesowe kawałki, które wszyscy znali i akceptowali. Chcieliśmy wyczuć siebie nawzajem, a zapewne i przetestować nieco. Nie wiedziałem wtedy, że Noel zagrał na basie po raz pierwszy w życiu. Oczywiste było dla wszystkich, że Noel dostał tą rolę dlatego, że Jimiemu bardzo spodobała się jego fryzura. Właściwie to graliśmy wtedy głównie rytmiczne struktury. Podejrzewam, że zagraliśmy mnóstwo materiału w ciągu tych dwóch godzin. Zacząłem być już nieco wkurzony, bo nie mogłem zrozumieć czego Jimi ode mnie oczekuje. Nie wiedziałem, czy Jimi chce stworzyć trio podobne do Cream, ale spytałem czy mam grać jak Ginger Baker. Jimiemu jednak nie o to chodziło. Czego innego też chciał Chas. Jego koncepcja była taka, by Jimi był frontmanem, a my bylibyśmy tylko towarzyszącą sekcją. Miałem wielkie szczęście, że Jimiemu nie odpowiadało takie rozwiązanie. De facto nie jestem pewien, czy Jimi wiedział wtedy dokładnie czego chce. Myślę, że to przyszło póżniej, po upływie tygodnia, kiedy mieliśmy już porządną próbę.


Po tej pierwszej sesji Chas zadzwonił i powiedział: Jesteśmy zainteresowani, czy chcesz grać z nami? No cóż - powiedziałem - jaka jest umowa? Mamy dwa tygodnie roboty i to na razie wszystko - odpowiedział - teraz mogę dać ci dwadzieścia funciaków tygodniowo.

Nie skakałem z radości, ale postanowiłem spróbować. Dwa tygodnie pracy nie brzmiało najgorzej. Postanowiłem, że wejdę w to na te dwa tygodnie, a potem się zobaczy. Nie znałem wcześniej Chasa Chandlera dobrze. Widziałem go z The Animals, jako że The Blue Flames i The Animals zagrali kilkanaście koncertów razem. Była to jednak taka znajomość ograniczająca się do kiwnięcia głową. Chas miał wielką wiarę w Hendrixa. By ruszyć z miejsca i sfinansować sprawę, sprzedał swoją ukochaną gitarę basową i parę innych rzeczy. Na drugiej, lub trzeciej próbie wszystko zaczęło być jasne. Poczułem, że to była prawdziwa szansa dla mnie. Mogłem odejść od schematów i ścisłych reguł, na które byłem wcześniej skazany. Taka wolność w muzyce to jak wyjście z więzienia. Miałem wielkie szczęście spotykając muzyka gotowego dać taką wolność. Nie miałem tej szansy w Blue Flames, choć z grania z nimi byłem zadowolony. Spotkałem tam starszych, doświadczonych muzyków, jak Cliff Barton czy Glen Hughes. Oni nauczyli mnie jak słuchać Coltrane'a i Mingusa. Może to spowodowało, że chciałem grać inaczej. Noel zaczynał dopiero poznawać bas. Firma Burns wypożyczyła mu 6-scio strunową gitarę basową i on był ciągle zorientowany na gitarę. Hendrix miał zdecydowanie czucie jak powinna brzmieć partia basu, ale też bardzo dużo cierpliwości do Noela, podobnie jak do mnie. Nie mieliśmy gotowej żadnej piosenki. W tym temacie Hendrix i ja mieliśmy konfrontację na trzeciej próbie. Jimi powiedzial - Mamy koncerty we Francji. Zróbmy "Midnight Hour".

Ja, będąc nieco zadzierającym nosa małym cwaniaczkiem powiedziałem - Fuck, tylko nie to. Robiłem "Midnight Hour" przez dwa lata. Mamy nowy zespół. Zróbmy coś ciekawszego. Prosze!

* Nie miałem nic przeciw tej piosence. Wszak to był dobry klasyk, ale ja musiałem jakoś wyrazić swoją indywidualność. Z powodu tej konfrontacji Menagment nazwał mnie problemowym chłopakiem. Przykre słowa zaczęły padać za moimi plecami, ale Jimi nie brał w tym udziału. Byli zdecydowani, by się mnie pozbyć. Chyba przesłuchali ponownie Aynsleya Dunbara. Noel podążał z wiatrem. Nie miał wyjścia. Był bez grosza. Nawet do domu nie miałby za co wrócić. Uratował mnie Jimi. Sądzę, że to iż wyraziłem swoją opinię spowodowało, że Hendrix postawił na mnie. Powiedział, że jest przekonany, ze dobrze nam się będzie razem pracowało.


Niektóre próby miały miejsce w biurach muzycznego wydawcy na Savile Row lub Albemarle Street. Jimi i Noel mieli te małe dziadowskie wzmacniacze. Jimi powiedział - Dobrze byłoby pozbyć się tego szajsu. Było nas tylko trzech i chcieliśmy mieć pełne brzmienie. Nie mieliśmy wtedy żadnych pieniędzy, ale byliśmy bardzo zdeterminowani. Postanowiliśmy postawić managerów w sytuacji bez wyjścia, informując, że sprzęt się zepsuł. Staraliśmy się robić wszystko, żeby się to cholerstwo zepsuło. Zrzucaliśmy je ze schodów i narażali na wszelakie niewygody. Zajęło nam to psucie ze trzy dni. Pamiętam, że w czasie jednej z prób pojawił się w drzwiach Henry Mancini z palcami w uszach i wykrzyczał - Hej, chłopaki! Możecie TO trochę ściszyć! - a to były te małe wzmacniacze i myśmy właśnie chcieli TO pogłośnić. Kolejną rzeczą, która mnie uderzyła na początku u Jimiego, były jego dłonie. Miał bardzo duże dłonie, a kciuki były prawie tak długie jak palce. Wykorzystywał to tak, jak wielu bluesowych muzyków. Mógł całkowicie objąć gryf, a kciuk pracował jak pozostałe palce. Jimi potrafił grać leworęcznie i praworęcznie, za plecami i w każdej chyba pozycji. Żartowaliśmy, że mógłby grać palcami u nóg. Nazwa zespołu "The Jimi Hendrix Experience" była ideą Chasa. Chandler wymyślił ją już w Gorham Hotel w Nowym Yorku tuż po poznaniu Jimiego. Nazwa była doskonała. Uniwersalna. Sprawdzałaby się w każdym rodzaju muzyki i każdym składzie jaki Jimiemu przyszedłby do glowy."


*Please w takim kontekście brzmi zdecydowanie inaczej jak nasze proszę. Na pewno nie prosząco...


Mitch Mitchell z Georgie Fame & The Blue Flames. Londyn. Październik 1965 rok




Mitch Mitchell 1990 rok:

"Zdarzenia z tej nocy, gdy Jimi zmarł, są mocno dziwne i kilku spraw nie potrafię zrozumieć. Wiem, że spotkał Allana Douglasa. Potem poszedł do Mayfair, niedalako Speakeasy, by odebrać stamtąd Devon Wilson i zaprowadzić ją do klubu. Spotkałem go wtedy. Wiem, że wcześniej, tego wieczoru, Jimi utknął w okropnym korku na Marble Arch. Wysiadł z zablokowanego auta i zaczął rozmawiać z ludźmi. Jakaś para zaprosiła go na party, na które potem poszedł. Dla mnie to też dość dziwna historia. Gdy próbowaliśmy odtworzyć w pamięci tą ostatnią noc, okazało się, że są dwie godziny, których nie potrafimy zapełnić. Nikt nie wie, co Jimi robił w tym czasie. Tajemnicza jest też sprawa telefonu. Późnym wieczorem Jimi dzwonił do kogoś i powiedział "Gerry, myślę, że nie zrobię tego nigdy więcej." Nie mam pojęcia do kogo dzwonił i czego mogło to dotyczyć. W tych ostatnich chwilach Jimi sporo czasu spędzał z Moniką Danneman, która - bez obrazy dla niej - na pewno nie była miłością życia Jimiego. Tak na prawdę w jego życiu były tylko dwie poważne miłości; Cathy Etchingham i Devon Wilson. Ale wiem na pewno, że Devon zaczęła być problemem dla Jimiego i nie był zadowolony z jej obecności w Londynie. Od Devon nie dowiemy się niczego, gdyż zmarła, też w dziwnych okolicznościach, kilka lat później. Co na prawdę się stało tej nocy, prawdopodobnie nie dowiemy się nigdy. Ja jestem, bez żadnych wątpliwości pewien, że nie było to samobójstwo. Jimi był bardzo zmęczony i depresyjny po tych europejskich koncertach, ale nastrojów samóbojczych nie miał na pewno. Ja przychylam się do poglądu, że był to nieszczęśliwy wypadek, choć niektóre aspekty tej sprawy są bardzo trudne do wyjaśnienia. Jedyne, co mogę powiedzieć na pewno to tyle, że jest to wielka, pieprzona strata. Dla mnie był niezastąpiony i jako wspaniały muzyk i wspaniały przyjaciel. Tęsknię za nim niezmiennie, tak samo jak dwadzieścia lat temu. Wiem, że jego muzyka bardzo by się zmieniła. Zmieniliby się też muzycy, pewnie i perkusista. Ja lubię myśleć, że choć może nie byłem najlepszym perkusistą dla Jimiego, pracowało nam się bardzo dobrze. Czasem, może raz na rok, udawało nam sie pograć tylko w dwójkę i to było świetne. Nie ma wątpliwości, że on był trudnym partnerem dla innych muzyków. Trudno było za nim nadążyć. Trudno sprostać jego muzycznym wizjom. Mnie to jednak nigdy nie przeszkadzało."

Mitcha nieco zawiodła pamięć. Sądzę, że w jego wspomnieniach dwie noce zlały sie w jedno. Wszak Douglas odlecial do Nowego Yorku dzień wcześniej. Też Devon zabrał Jimi do Ronnie Scott dobę wcześniej.


Białego "Strata", na którym Jimi grał na festiwalu Woodstock, kupił od londyńskiej galerii współtwórca Microsoftu - Paul Allen za milion trzysta tysięcy funtów. Poprzedni właściciel, perkusista Experience Mitch Mitchell, sprzedał ją galerii Sotheby za 198 tysięcy funtów.

Na zdjęciu Mitch z tą gitarą.









"... graliśmy w Seattle, rodzinnym mieście Jimiego. Nie wiem, jak dawno Jimi nie odwiedzał swoich stron, myślę, że kilka lat. Wiem, że powrót obudził wspomnienia dawnych czasów i Jimi był trochę zaniepokojony. W każdym razie na lotnisku powitała nas urocza rodzina. Ojciec, sympatyczny facet i na prawdę piękna dziewczynka, córka jego nowej żony. Pamiętam, że Jimi powiedział - Och, ty jesteś moją siostrzyczką? Na prawdę? Bardzo miło cię poznać. Al, ojciec Jimiego, był najwyraźniej zachwycony, że widzi syna i szczerze ucieszony, że Jimiemu dobrze się wiedzie. Pojechaliśmy do domu Ala a później, po koncercie Jimi wrócił by spędzić z nim noc. Oni opróżnili butelkę whiskey i, mój boże, rano byli jak dwaj nieco chorzy i nieco niegrzeczni chłopcy. Myślę, że to, iż Jimi został zaproszony do swojej byłej szkoły Garfield High, trochę go rozstroiło. Pamiętam, iż mówił mi, że absolutnie nie ma ochoty na to spotkanie. Przecież wywalono go kiedyś z tej budy z hukiem. Jednak Jimi dostrzegł humorystyczną stronę tej sytuacji i następnego ranka, po kolejnej nocy z whiskey, skoro świt, o dziewiątej, pozbierał się by tam pójść. Pamiętam, jak się uśmiałem, gdy mi o tym opowiadał. Jimi był niewątpliwie bardzo, bardzo dowcipnym człowiekiem. Na pewno nie był tą tragiczną figurą, jaką często usiłują teraz z niego zrobić. Miał fantastyczne poczucie humoru. Znakomicie odgrywał innych. Bajecznie naśladował Nat King Cola, Rambling Rose i pięknego Sammy'ego Davisa Juniora. Rysował też kapitalne, niezwykle zabawne rysunki. Trudno mi to teraz pokazać, ale uwierzcie mi, on był jednym z najdowcipniejszych ludzi jakich poznałem."

Mitch Mitchell "The Hendrix Experience"



Ciekawa jest tak duża rozbieżność między wspomnieniami Mitcha i Leona (brata Jimiego). Mitch pisze wyłącznie o ojcu i Janie, a na lotnisku powitała Jimiego całkiem spora rodzina. De facto w czasie tej pierwszej wizyty w Seattle Jimi spędził dużo więcej czasu z bratem jak z ojcem, a Mitch w ogóle o Leonie nie wspomina. Jeszcze raz zachęcam was do przeczytania wspomnień Leona Hendrixa. Jego "Jimi Hendrix. Oczami brata" było wydane w Polsce (bardzo dobry przekład). Nawet spojrzenie Leona na teksty Jimiego jest bardzo odmienne i ciekawe. Wiele tekstów Jimiego dotyczy przeżyć z dzieciństwa i wczesnej młodości. Były to lata przeżywane razem i brat rozumie tą poezję bardzo osobiście. Mitch nie wspomina też, iż wizyta w szkole była dla Jimiego bardzo przykrym przeżyciem. Leon opowiada, że dla brata było to raczej koszmarne doświadczenie. Panowie jakoś chyba nie przypadli sobie do gustu. Leon opowiadał, że z całego otoczenia Jimiego, sympatyczny kontakt nawiązal jedynie z Noelem. Mitchell był w stosunku do niego bardzo burkliwy i unikał kontaktu. Dziwne. Bardzo to sprzeczne z przyjazną naturą Mitcha.



"Jimi lubił perkusję i podśpiewywanie Buddy'ego (Milesa) zanim jeszcze zaczął z nim pracować. Z Billym {Coxem} oczywiście nie miał żadnych problemów. Podobnie jak Noelowi, Jimi mógł Coxowi mówić jak ma grać i Billy pewnie by to zrobił, ale Jimi nie chciał by to znowu tak wyglądało. Na szczęście Cox zawsze znajdował własne idee, a Jimiemu to bardzo odpowiadało. Jestem pewien, że Jimi miał wysokie aspiracje, jednak ciągał Billego po różnych klubowych knajpach i aż do czasu Woodstock Cox nie miał czasu by się porządnie przygotować do koncertów. To nie było w porządku. Ja siedziałem w Anglii, kiedy Band Of Gypsys dawali swój drugi i ostatni koncert w Madison Square Garden. Coś się wtedy zdarzylo i Jimi zszedł ze sceny po kilku kawałkach. Tej nocy zadzwonił do mnie. Był mocno zestresowany i bardzo niezadowolony z kierunku w jakim podąża zespół. Ja grałem wtedy z Jackiem Brucem i Larym Coryellem. Wcześniej, gdy już było wiadomo, że Jimi startuje z Band Of Gypsys, Jack zadzwonił do mnie z tą propozycją. Właśnie, jako Jack Bruce & Friends kończyliśmy krótką trasę po UK i mieliśmy wyruszać do Stanów. W USA zagraliśmy koncert w Fillmore East, a później dwa nocne koncerty w Madison Square Garden. Miałem miejsce w hotelu, ale czas spędzałem z Jimim i jego dziewczyną, Devon Wilson, w ich apartamencie w Village. To był bardzo fajny czas dla nas obydwóch i stres Jimiego wyraźnie zmalał. On nie miał wątpliwości, że nie jest szczęśliwy z Band Of Gypsys, ale nie miał jeszcze żadnego konkretnego pomysłu co z tym zrobić. Nie pamiętam czego dotyczyła główna idea, ale pytanie "Dlaczego nie zreformować The Experience?" padło bardzo zdecydowanie. Pamiętam, że mieliśmy pomysł by odwiedzić miejsca gdzie jeszcze nie graliśmy. Myśleliśmy o Japonii i Australii. Oczywiście nigdy nie dotarliśmy do Japonii. Nie jestem pewien czy rozmawialiśmy wtedy o Noelu, ale wydaje mi się, że nie. O ile pamiętam, Noel nie miał kontaktu z Jimim przez ostatnie sześć miesięcy. Po spotkaniu w nowojorskim biurze managerów, mieliśmy długi wywiad w "Rolling Stone" podczas którego powiedzieliśmy o nowej trasie koncertowej. Po interview Jimi wrócił do apartamentu a ja do hotelu. Po paru godzinach Jimi zadzwonił i zaprosił mnie do siebie. Chwilę porozmawialiśmy o muzyce a potem Jimi zapytał "no i co o tym myślisz?" Od razu zrozumiałem, że chodzi o Noela. Sytuacja była bardzo kłopotliwa. Jimi i ja mieliśmy dużo sympatii dla Noela. Lubiliśmy jego humor, ale coś było nie tak. Spytałem Jimiego, co on o tym myśli. Tylko potrząsnął głową. Zaproponowałem Jacka Casady, ale to nie było możliwe. W końcu wypadło na Billego Coxa. W każdym razie bardzo nieładnie się stało. Nikt nie powiadomił Noela o tej decyzji i on dowiedział się o tym dopiero gdy przyleciał do Stanów, by wyruszyć z nami w trasę. Nikt nie miał jaj, by go zawiadomić wcześniej. Noel wylądował w Nowym Jorku, gdzie spotkał Boba Levina, pracownika Mike'a Jeffery'ego. Bob powiedział mu "mamy dla ciebie fajnego pałkarza, możecie zrobić kapelę." Ja na prawdę nie wiedziałem, że nikt Noela nie zawiadomił. Aż trudno uwierzyć, że Jimi tego nie zrobił. Zawsze, jeśli był jakikolwiek konflikt, jakiekolwiek nieporozumienie, Jimi dzwonił i od razu mówił, o co chodzi. Słyszałem, że Noel zadzwonił do mnie do hotelu jeszcze z lotniska. Ktoś powiadomił go, że pracuję w studio z Hendrixem i Coxem. Pewnie tak było. Zrobiliśmy kilka sesji przed ruszeniem w trasę. Przygotowaliśmy parę kawałków. Wygładziliśmy też "Earth Blues", który potem trafił na album "Rainbow Bridge". W tym czasie kilka projektów zostało wstrzymane. Między innymi projekt nagrań z Gilem Evansem i Milesem Davisem. Alan Douglas był stale w pobliżu nas. Jimi uważał, że jest on bardzo pożytecznym i sprawnym organizatorem, ale nie brał go pod uwagę jako producenta. Jimi musiał zorganizować tą trasę. Studio Electric Lady zżerało nieprawdopodobne pieniądze i Hendrix był na skraju bankructwa."

Mitch Mitchell "The Hendrix Experience"


Dewon Wilson





Ostatnim występem The Hendrix Experience w 1967 roku był udział w wielkim widowisku nazwanym "Christmas on Eatrh Continued". Ta wielka świąteczna impreza miała miejsce 22 grudnia w London Olimpia. Obok The Experience zagrali Eric Burdon and The Animals, The Who, Pink Floyd, Soft Machine i inni których widzicie na plakacie obok. To miał być wielki multimedialny show i obok koncertów były też pokazy filmowe i happeningi artystyczne. Jedni uważają, że było to ostatnie wielkie wydarzenie brytyjskiego undergroundu, inni utrzymują, że chodziło tylko o nabicie kasy. Całe gigantyczne, wielogodzinne widowisko było filmowane, ale na video, później DVD trafiły tylko dwa kawałki z występu zespołu Hendrixa. Nie wiadomo, gdzie przepadły pozostałe nagrania.



I kolejny fragment wspomnień Mitcha:


"Pamiętam ten "Christmas on Earth" bardzo dobrze. Nie jest to zbyt miłe wspomnienie. Przed koncertem personel zaczął nadmuchiwać taką ogromną poduchę, która była później częścią wystroju. W czasie gdy ją pompowali, kilku z nas postanowiło usiąść sobie na tym ustrojstwie. To było wielkości małego basenu i gdy to napompowali znaleźliśmy się osiem stóp nad ziemią. Jakoś straciłem równowagę i spadłem. Uderzyłem bardzo mocno głową o betonową podłogę. Powinienem wtedy wylądować w szpitalu, bo ewidentnie miałem wstrząśnienie mózgu. Nie powiedziałem o tym nikomu i zagrałem cały koncert, ale chyba nigdy nie czułem się aż tak niekomfortowo w czasie występu. To był nasz ostatni gig w 1967. Pierwsze koncerty w 68 zagraliśmy w Szwecji i wtedy pojawiły się pierwsze problemy z Jimim. Normalnie był takim nieustępliwym wojownikiem. Show musiał sie odbyć, choćby się niebo waliło na ziemię. W Szwecji zaczęło się dziać coś niedobrego. Musieliśmy nawet odwołać jeden koncert. Jimi nigdy nie pił wiele. Unikał mocnego alkoholu. Jeśli się jednak napił, bywało ciężko. Szczególnie whiskey miała na niego fatalny wpływ. W Goethenburgu pojechaliśmy po koncercie do hotelu. Nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Ludzie dobijali się do drzwi, ale tak było wszędzie. Jednak Jimi z jakiegoś powodu pił tej nocy. Obudziła nas awantura. Jimi ostro szarpał się z kimś, kto usiłował wejść do jego pokoju. Noel, Gary Stickels i ja wyszliśmy z pokojów, by sprawdzić co się dzieje i uspokoić sytuację. Wziąłem Jimiego do mojego pokoju, wobec czego on zaczął próby zdemolowania pomieszczenia. Niezbyt mu to wychodziło, tym bardziej, że przeszkadzałem jak tylko mogłem. Noel przyszedł z pomocą i udało nam się wystawić szalejącego Hendrixa na korytarz. Musiałem go trochę, bardzo nieśmiało, palnąć, ale bardziej go to zdziwiło niż przestraszyło. W końcu udało nam się ułożyć go na podłodze i usiąść na nim. Niestety Jimi uszkodził okno w moim pokoju i wezwana przez hotel policja aresztowała go. Myślę, że okazało się to najlepszym wyjściem z sytuacji. Pracowaliśmy na prawdę ciężko i solidnie przez ponad rok i byliśmy już totalnie wykończeni. W sądzie oskarżyli Jimiego. Kazali mu zapłacić za szkody i nakazali pozostać w Szwecji przez tydzień w ramach zwolnienia warunkowego. To było to czego i on i my potrzebowaliśmy. Odpocząć. Ale później znowu mieliśmy pecha. Nie mogliśmy się dostać na żaden samolot, bo lotniska były zasypane śniegiem. Zajęło nam dwie doby dotarcie do Anglii promem".


Mitch Mitchell "The Hendrix Experience"


Jimi Hendrix Experience i Soft Machine. 22 grudzień 1967 rok


Opisane przez Mitcha zdarzenie miało miejsce 4-tego stycznia 1968 roku w hotelu Opalen. Podobne incydenty, w całej karierze Jimiego, można zliczyć na palcach jednej ręki. Hendrix był na prawdę spokojnym facetem. Znamienne, że później, w mediach i notce policyjnej, mówi się o alkoholu i dragach. Zdziwiło to również Mitcha, który podkreśla, że Jimi zwyczajnie przesadził z whiskey. Żadnych narkotyków nie było. Kolejnym, choć mało istotnym błędem, w raporcie policyjnym jest informacja, że Jimi zdemolował swój pokój, a wszak był to pokój Mitcha. Była też w tym raporcie informacja, iż pościel w pokoju Hendrixa była poplamiona krwią, ale za to nikt do sądu nie wzywa. Myślę, że policjanci chcieli dodać dramatyzmu w urzędowej literaturze. A trzeba było, bo nie była to imponująca demolka. Chodziło jedynie o jedno okno. Szyby były całe, tylko nieco zarysowane i lekko uszkodzona framuga.



W maju 1967 roku zespół rozpoczął pracę nad drugim albumem "Axis: Bold as Love". Sesje nagraniowe były wciśnięte między koncerty i album mimo intensywnej pracy był gotowy dopiero w październiku. Album spełnił oczekiwania zespołu. Był zdecydowanie różny od pierwszej płyty. Kilka utworów było już znane z koncertów, a "Spanish Castle Magic" i "Little Wing" cieszyły się już sporą popularnością. Pod czujnym okiem Chasa Chandlera i przy stosunkowo ubogim osprzętowaniu w Olimpic Studio, metoda nagrywania niewiele się różniła od pierwszej płyty. Jednak zespół zbuntował się i z wydatną pomocą Kramera i Meyera nagrał płytę, której brzmienie zadowoliło tak Jimiego jak i Mitcha i Noela.



Kolejny fragment wspomnień Mitcha:


"Nie podeszliśmy do "Axis" tak jak do pierwszego albumu. Nie musieliśmy się tak spieszyć. Czasu do nagrania było zdecydowanie więcej. Mieliśmy sporo materiału, który mogliśmy nagrać, ale jak zawsze, wszystko sprawdzaliśmy w studio. Jedne kawałki się sprawdziły, inne nie. Kilka musiało odpaść. Początkowo Chas (Chandler) pilnował interesu po swojemu i Experience pracowali na zasadzie "dziekuję, proszę następny kawałek". Jednak presja była dużo mniejsza i czuliśmy się w Olimpic całkiem fajnie. W pewnym momencie wszystko się zmieniło. Zobaczyłem jak Jimi potrafi pracować, gdy pragnie zrealizować swoje koncepcje. Kapnąłem się, że Hendrix ma wszystko w głowie i świetnie wie co i jak ma brzmieć. To było niesamowite. Eddy Kramer świetnie zrozumiał, czego Jimi oczekuje i był skłonny do eksperymentów takich jak np. fazzing. Potrafił to też odpowiednio ustawić. Chandler był całkiem zadowolony, ale nadal marudził na temat budżetu, zysku i przebojów. Noel nigdy nie lubił spędzać czasu w studio i często urywał się nam do pubu. Jimi i ja pracowaliśmy sami i wcale nam to nie przeszkadzało. Noel mógł przyjść kiedykolwiek i dograć bas. Nic nowego. Standard. Tak się z nim pracowało. Roger Meyer, który wcześniej zbudował fuzzboxes dla Jeffa i Jimmiego (Beck i Page) zaczął konstruować specjalne urządzenia dla Hendrixa, by Jimi mógł uzyskać dokładnie takie brzmienie jakie chciał. Wszystko zaczęło się układać inaczej jak przy pracy nad pierwszym albumem. Wtedy ani Noel ani ja, nie mieliśmy nic do gadania w sprawie brzmienia. Chas nagrał to i wymiksował praktycznie sam. Nawet Jimi miał bardzo niewiele do powiedzenia w sprawie brzmienia. Miał swoją koncepcję, ale Chas i tak postawił na swoim. Jednak kiedy słucham tego teraz, jestem pełen uznania dla Chandlera. Zrobił znakomitą robotę, mając do dyspozycji taki sprzęt, jaki był wtedy dostępny. W drugim albumie Jimi zaczął się odnajdywać, a i my, Noel i ja, chcieliśmy mieć wpływ na to jak brzmieliśmy. Chas zrobił to, co wcale nie było dla niego proste. Ustąpił. Jimi i Chas mieszkali wtedy razem, mieli wspólne wydatki i byli współzależni finansowo. Myślę, że to może prowadzić do napięć w każdej relacji. To napięcie ujawniło się w czasie, gdy kończyliśmy pracę nad "Axis: Bold as Love". Ja chciałem zdecydowanego brzmienia perkusji. Chciałem, by była instrumentem istotnym w brzmieniu albumu. Pierwszy raz tak solidnie pracowałem przy swoich bębnach, a to wymagało sporo czasu i pracy w studio. Cierpliwość Chasa zaczęła się zdecydowanie wyczerpywać, ale Jimiego zafascynowały moje koncepcje i w końcu postawiliśmy na swoim. Mnóstwo muzyków wpadało na nasze sesje nagraniowe. Jednym z nich był Brian Jones. Jimi zawsze miał bardzo serdeczny stosunek do niego. Nie wiem kiedy spotkali sie po raz pierwszy. Prawdopodobnie Brian wpadł na któreś z naszych pierwszych grań w "Seven and A Half Club". Od samego początku mocno się zaprzyjaźnili i dość często spotykali. Bardzo lubili pobrzdąkać sobie na gitarach, ale nigdy nie wystąpili razem na scenie. Rolling Stones pracowali w Olimpic przeważnie od trzeciej po południu do trzeciej nad ranem. My zaczynaliśmy o dziewiątej. Brian często mocno spóźniał się na ich sesje, lub nie chciało mu się pracować ze Stones. Wpadał wtedy do nas. Podczas gdy sprzęt był rozkładany Brian grał na różnych, często egzotycznych instrumentach. Kiedyś słyszałem sitar. To zawsze była tylko zabawa. Nigdy z tego nic konkretnego się nie narodziło (szkoda). To była na prawdę solidna przyjaźń. Jimi bardzo boleśnie przeżył śmierć Briana. Jedną z rzeczy, która wynikła z tego sąsiedztwa, było to, że Mick Jagger zaprosił mnie do grania w Rock 'n' Roll Circus. Zagrałem wtedy z Erikiem Claptonem, Keithem Richardsem I Johnem Lennonem. Nie jestem pewien czy to nagranie trafiło kiedyś na płytę lub video (trafiło). Keith zagrał na basie i był całkiem niezły w te klocki. Eric Clapton na gitarze. No kto mógłby chcieć więcej?! Wszyscy oni byli faworytami Jimiego i moimi. John Lennon również. Zagraliśmy kawałek Johna "Yer Blues". Od lat byłem wielkim fanem Lennona, ale po raz pierwszy miałem okazję z nim pograć. Świetny głos, fajna gitara. Mam nadzieję, że on cieszył się z tego grania tak jak ja."


Mitch Mitchell "The Hendrix Experience"



Jimi i Brian


O Rock 'n' Roll Cirkus napisalem "małe co nieco" w temacie Rolling Stones.





Kiedy artysta umiera, ludzie którzy zajmują się spuścizną po nim, spotykają się z niezwykle ciężkimi dylematami. Które prace powinny być wydane? W jakiej formie, a przede wszystkim kiedy nastąpi ten właściwy czas? Jeśli praca wydana jest zbyt szybko, spotka sie z zarzutami niemoralnego i bezlitosnego komercyjnego wykorzystania bolesnego faktu śmierci ukochanego twórcy. Jeśli zbyt długo to potrwa, wzbudzi wielkie niezadowolenie wielbicieli, a też istnieje ryzyko, że pamięć o nim osłabnie. Mają też obowiązek wobec zmarłego artysty. Muszą starać się w jak największym stopniu respektować jego życzenia w stosunku do materiału, który chciałby on wydać, lub odrzucić, gdyby śmierć nie przerwała jego twórczej drogi. Mają też obowiązek dbać o to, by po śmierci artysty pamięć o nim wciąż była żywa i w tym nie ma nic niemoralnego.

Pozostaje jeszcze jeden drażliwy problem. Nie wszystko, co artysta tworzy, chciałby przeznaczyć do "publicznej konsumpcji". Myślę, że wykorzystywanie prac, których artysta nie chciałby pokazać dotyczy wszystkich wielkich tworców, a więc i Hendrixa. Jednak i tu między Jimim i innymi twórcami jest zasadnicza różnica. Większość artystów zostawiła po sobie niewiele niepublikowanego materiału. Po Hendrixie pozostało tego na prawdę mnóstwo. Materiał odrzucony przy nagrywaniu albumów, nagrania z koncertów, ogromna ilość taśm studyjnych, nagrania od pojedynczych partii gitarowych do całych jamów. Szacuje się, iż jest to okolo 1000 (tak, tysiaca!) godzin niepublikowanego materiału. Początkowo całą odpowiedzialność za artystyczny spadek po Hendrixie wzięła na siebie firma The Hendrix Estate, a więc głównie Mike Jeffery. To on podjął decyzję, by ruszyć z produkcją "Cry Of Love" i by pracowali przy tym Mitch Mitchell i Eddy Kramer.


Ze wspomnień Mitcha:

"Nie pamiętam ile czasu minęło od pogrzebu Jimiego gdy odebrałem telefon od Jefferego. Powiedział - Tylko dwóch ludzi, ty i Eddy (Kramer) znacie wystarczająco materiał. Czy zgodzisz się przyjechać do Nowego Jorku, by przebrnąć przez taśmy i popracować nad albumem? Początkowo odmówiłem, było to dla mnie za trudne. Jednak przemyślałem sprawę i oddzwoniłem. Powiedziałem, że przyjadę na dwa, trzy dni i zobaczymy co dalej. Tak zrobiłem. Studio (Electric Ladyland) bardzo się zmieniło od czasu gdy je ostatni raz widziałem. Nie byłem na oficjalnym otwarciu i gdy go widziałem ostatnio, było gotowe dopiero w połowie. Teraz było już gotowe. Wciąż robiono jakieś drobne poprawki, jednak nie czuło się tego na tyle, by w czymkolwiek przeszkadzało. Początkowo było mi bardzo trudno. Jimi zmarł tak niedawno. Jednak jakoś sobie emocjonalnie poradziłem i udało się. Powiedziałem Jeffery'emu i Kramerowi - OK, zrobię to. Naszym pierwszym problemem było to, iż okazało się, że Electric Ladyland ma niewiele taśm. Nawet nie wiem czy to była połowa istniejących. To były jakieś demo, nagrane przed oficjalnym otwarciem i materiały nagrane w różnych studiach w Nowym Jorku. Pozostałe taśmy, materiały z 1968 i wcześniejsze, były w Warner Bros. Stało się oczywiste, że oni mieli materiał, który bardzo był nam potrzebny, ale z niejasnych dla mnie powodów, nie mogliśmy się nawet zbliżyć do tych nagrań. Nie ma wątpliwości, że album który zrobiliśmy, byłby dużo ciekawszy, gdybyśmy mogli użyć taśm na których siedziała Warner Bros. Cóż...musieliśmy pracować z tym, co było w naszym zasięgu. Pracowaliśmy przez kilkanaście tygodni, od dziewiątej wieczorem do siódmej rano. "Cry of Love" był bardzo trudnym zadaniem. Ciężko było go porządnie poskładać. Na przykład, miałeś partię gitary prowadzącej w jednej tonacji a wokal w innej, lub trzeba było przyspieszać czy spowalniać nagranie poszczególnych instrumentów, by wszystko trzymało się kupy. Oczywiście wszystko byłoby inne, gdyby Jimi był z nami. Nie miałem żadnych wątpliwości, że zrezygnowalby z mnóstwa z tego materiału i nagrał to zupełnie inaczej. Wiem jednak, że część tych nagrań by zatrzymał. Cały czas myślałem co on by zrobił. Co zostawił, co odrzucił. Było to dla mnie bardzo trudne. Jeśli coś było ewidentnie dobre, nie miałem wątpliwości. Np. partia perkusyjna Buddy Milesa w "Ezy Rider" była dla mnie od początku O.K. i została. Miałem wtedy niesamowicie wyraziste sny. Odwiedzał mnie w nich Jimi. Pytałem go, co myśli o tych nagraniach i on mi odpowiadał. Zostawało to w mojej pamięci. W jednym śnie spytałem go, czy jest rzeczywisty a on odrzekl mi: who knows? (kto wie). Chciałbym poświęcić dużo więcej czasu tym nagraniom, ale okazało się, że mamy tego czasu coraz mniej. Wkrótce okazało się bowiem, że coraz trudniej znaleźć czas, by móc spokojnie pracować. Biuro Jeffery'ego znajdowało się na górze, nad studiem. Walczył o to by studio było dla nas. Jednak chętnych, zabukowanych do nagrań było dużo i czas dla nas zaczął się kurczyć. Ja nadal mocno skupiony byłem nad tym czego mógłby chcieć Jimi. Starałem się myśleć tak jak on. Pomagało to nie raz. Na "Drifting" mieliśmy gitarę w dwóch tonacjach. Trzeba było wybierać i pamięć o tym jak myślał Jimi pomogła. Zamówilem Buzzy Linharta na sesję z wibrafonem i to był dobry pomysł. Myślę, że Jimi by to zaakceptował. Harmonijkarz na "My Friend" pozostaje zagadkowy. Nikt nie mógł sobie przypomnieć, kto to zagrał. Po skończeniu nagrań Gers zadzwonił do mnie i powiedział - pamiętaj, że to moja harmonijka. Zaufałem mu i jest na płycie, ale tak na prawdę, równie dobrze mógł to być ktoś inny. Jestem przekonany, że było więcej wokalistów w "In from the storm". Na płycie jednak wymieniono tylko Emmerethe Marks, Ronniego Spectora i mnie. Kiedy przedzieraliśmy się przez te taśmy, zauważyliśmy jak bardzo istotną rolę odgrywa partia perkusji. Szczególnie w "Angel" to było istotne. A w "Electric Lady" nadal był mój stary "Gretsch" którego kiedyś podarawałem Jimiemu, dla tego studia właśnie. Przypomniałem mu o tym w Woodstock. Przed koncertem powiedziałem - dałem ci bębny, więc ty podaruj mi tą gitarę, zanim ją rozwalisz. Jimi często rozbijał gitary na koncertach. Jednak wtedy powiedział - dobra, jest twoja i biały strat trafił do mnie po tym koncercie. Podczas tych nagrań zobaczyłem te bębny po raz pierwszy od czasu gdy podarowałem je Jimiemu. Wzruszyło mnie to. A "Angel" jak na ironię, był najtrudniejszym kawałkiem do realizacji. Kosztował nas mnóstwo pracy. W studio "B", drzwi obok nas, pracował Stephen Stills. Znał dobrze Jimiego, więc zapraszaliśmy go do nas. Jestem dumny z "Cry of Love". Myślę, że zrobiliśmy wszystko co było możliwe, dysponując tym materiałem. Gdyby Warner chętniejsi byli do współpracy, byłaby to lepsza płyta. Myślę, że jest dużo lepsza od wielu późniejszych albumów, które mimo lepszego dostępu do taśm, budzą sporo moich wątpliwości. Jeśli chodzi o to, co Jimi chciał nagrać, można spekulować dowolnie. Wiem, że w przypadku "Cry of Love" chciałby użyć innych taśm. Gdyby żył, nie byłoby z tym problemu. Myślę, że nie nazwałby tego "Cry of Love". Wzięliśmy tytuł z jego notatek. To był chyba pomocniczy tytuł piosenki, ale nie mam pewności co do tego. Jimi lubił zabawy z tytułami, ale to nie znaczy, że chciał ich używać. Nie był to jedyny album, nad którym myślał. Jestem pewien, że album z orkiestrą Gila Evansa, z Milesem (Davisem) lub bez niego, powstałby. Tu nie mam wątpliwości. Planował też akustyczny album, oparty na bluesie. Sporo grał bluesa na swoim ulubionym akustycznym "Martinie". Jestem pewny, że wybrałby się do studia by nagrać parę tych projektów, bo zapiski na ten temat robił wszędzie. Kiedyś nawet na książce telefonicznej. Myślę, że zrobiłby to w towarzystwie Taja Mahalla. Zrobił kilka nieformalnych nagrań z Mahallem i jestem przekonany, ze planował wspólną płytę. Wiem też, że zrobiłby rock and rollowy album, mieszając covery i orginalny materiał. Moim zdaniem, najbardziej fascynującym projektem z nich wszystkich był planowany album z Quincy Jonesem. Quincy spotkał Jimiego w Los Angeles. Odwiedził nas potem w Benedict Canyon, a w 1970 przyszedł na nasz koncert w The Forum. Nie sądzę, by te plany nabrały już konkretnych kształtów, ale wiem, że i Quincy i Jimi bardzo tego pragnęli. Szkoda wielka, że to się nie spełniło. Smutna i frustrująca bardzo jest świadomość, że te wszystkie projekty nie mogą już zaistnieć. Szczęśliwy jednak jestem, że Jimi tyle wspaniałej muzyki zostawił. Moim zdaniem te wszystkie późniejsze produkcje, podejrzanej prowinencji i marnej jakości nie mogą mu już w niczym zaszkodzić."


Mitch Mitchell. "The Hendrix Experience"






Billy i Jimi na wyspie Fehmarn



Ze wspomnień Mitcha:


"To był na prawdę piekielny gig ten "Love and Peace Festival" na wyspie Fehmarn. Cieszyłem się, że spotkamy te wszystkie kapele, ale nie wiedziałem co nas czeka. Skoro świt wyruszyliśmy na lotnisko. Zaczęło się od problemów z moim paszportem. Miał już swoje lata i na fotografii wyglądałem zupełnie inaczej. Zarost i włosy. Nie chcieli mnie przepuścić. O tak wczesnej porze bywam w kiepskim humorze i zacząłem się dość ostro szarpać z jednym z ochroniarzy. Na szczęście jeden z promotorów zażegnał konflikt i wszystko dobrze się skończyło. Polecieliśmy do Berlina. Nastepnie był pociąg na wybrzeże i prom na wyspę. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że wszystkie zespoły są zameldowane w tym samym, jedynym na wyspie hotelu. Ludzie, którzy zarządzali hotelem nie mieli pojęcia komu wynajmują. Kiedy zespoły opanowały w pełni hotel, coś zaczęło do personelu docierać. Dojechaliśmy na miejsce w południe, a mieliśmy zacząć grać o ósmej wieczorem. Około szóstej usłyszeliśmy wycie wiatru, a w krótce był to już huragan. O koncercie nie było mowy. Były też inne problemy. Grupy uzbrojonych po zęby motocyklistów i gromady innych, agresywnie nastawionych typów, opanowały okolicę. Organizatorzy poinformowali nas, że przed północą na pewno koncert się nie rozpocznie. No cóż, przeżylismy Woodstoock, nie pierwszyzna to dla nas. Ponieważ żaden zespół nie mogł zagrać, wszyscy wylądowali w hotelu. Około dwustu piekielnie się nudzących muzyków. O dziewiątej cały hotel był już pijany. Zaczęły się bójki i ogólna konsumpcja wszelkich substancji rozweselających. Alkohol sie skończył. Wysłano kogoś by uzupełnił zapasy piwa, co nieco złagodzilło sytuację. Około północy to wszystko zrobiło się już zbyt szalone dla mnie. Bar był kompletnie zdemolowany. Istny obłęd. Nie miałem już ochoty na to wszystko i poszedłem do swojego pokoju. Chwilę później do drzwi zapukał Billy. Wyglądał na kompletnie zdezorientowanego. Billy zawsze był absolutnie stabilny i można było na nim polegać, bardzo mnie więc zaskoczyło jego zachowanie. Pierwsze zdanie, które do mnie powiedział brzmiało: "wiesz, że nie wydostaniemy sie z tej wyspy żywi, bo zostanie ona przejęta przez nazistów." Billy był w moim pokoju ponad trzy godziny. Mamrotał i bełkotał, ale czasem udawało mi sie coś zrozumieć. Dowiedziałem się, że bedą tu do nas strzelać. Zawołałem Jimiego. Zaprowadziliśmy Billego do jego pokoju i starali się go uspokoić. On zdecydowanie unikał kwasu i bardzo rzadko palił hasz. Czasem bywał trochę pobudliwy, ale to, co się z nim działo wtedy, było całkiem niezrozumiałe*] Do dzisiaj nie wiem, co się stało. Był niesamowicie pobudzony i przejęty. Staraliśmy się znaleźć jakiegoś lekarza, ale okazało się, że to niemożliwe. Po kilkunastu godzinach nieco się uspokoił i nawet przez chwilę przespał. Tak czy owak, z powodu huraganu nasz występ został przeniesiony na niedzielne popołudnie. Słyszeliśmy, że w nocy było sporo problemów. Mnóstwo agresji i przemocy w okolicy.

Pojechaliśmy na miejsce koncertu. Gdy wysiadaliśmy z samochodu, spory kołek drewniany poleciał w naszą stronę od strony grupy Hell's Angels. Gerry Stickells oberwał w głowę. Zrozumieliśmy, że trzeba zagrać ten koncert i jak najszybciej się stamtąd wynosić. Koncert był w sumie OK. Adrenalina pomogła, ale graliśmy zdecydowanie krócej niż zwykle. Spieszylo nam się, by zejść ze sceny i uciekać do helikoptera, ktory miał nas zanieść do Anglii. Coś z przepowiedni Billego się sprawdziło. Rocky, jeden z naszych sprzętowców, zostal postrzelony w nogę z broni palnej, podczas składania naszego sprzętu. Czuliśmy się chyba podobnie jak Stones w Altamont.**] Trafiliśmy z powrotem do Anglii. Jimi miał bardzo kiepski nastrój. Był mocno depresyjny. W tą noc gdy wróciliśmy, Billy zaczął znowu szaleć i Jimi z Gerrym wzięli go do lekarza. Nie widzieliśmy takiej paranoi jeszcze nigdy i nie rozumieliśmy, co było przyczyną. W taksówce do lekarza powiedział: "Oni mnie dostaną. Sfabrykowali to wszystko." Przez dwa tygodnie było z nim na prawdę okropnie. Potem trochę się poprawiło. Jimi spędzał mnóstwo czasu z Billym. Ja widziałem go tylko jeden dzień, bo cały czas spędzałem w moim domu. Po tygodniu Jimi zadzwonił do mnie i powiedzial, że z Billym jest nieco lepiej i nie może się doczekać powrotu do Nowego Jorku. Jasne było, że trzeba go jak najszybciej odesłać do domu. W rezultacie musieliśmy odwołać dwa ostatnie gigi w Europie. Zgodziliśmy się, że nowy basista jest niezbędny. Zasugerowałem, że moglibyśmy przesłuchać kilku muzyków. Rozmawialiśmy znowu o Jacku Cassady. Braliśmy też pod uwagę Jacka Bruce, ale obawialiśmy się, że nam odmówi. Wszyscy, którzy nam odpowiadali, byli zajęci. Po latach dowiedziałem sie, ze Stephen Stills chciał dołączyć do nas. To by było fajne. Szkoda, że się nie zgadało. Braliśmy pod uwagę trąbkę. Myśleliśmy, by porozumieć się z The Brecker Brothers. Gdyby się nie zgodzili, może by nam kogoś chociaż zarekomendowali. Spędziłem następny tydzień opiekując się domem i rozważając, kto mógłby z nami pograć. Miałem nadzieję, że Jimi zadzwoni i obgadamy to, ale nie zadzwonił. Następnego wieczora, bodajże siedemnastego, musiałem pojechać do Londynu. Okolo siódmej spotkałem się z Garrym (Stickells), który powiedział, że Jimi dzwonił przed chwilą i spytał czy nie chcę z nim pogadać. Zadzwoniłem. Jimi spytał co u mnie. Powiedziałem, że byłem u Gingera Bakera i pojechaliśmy razem na Heathrow by odebrać Sly Stone'a, który właśnie przyleciał. Jimi był podekscytowany i spytał, czy jest szansa, by ze Sly pograć. Powiedziałem, że jedziemy wszyscy do Speakeasy na jam. Jimi ucieszył się i umówiliśmy się w tym klubie około północy. Jego zgoda nie zaskoczyla mnie. Jimi zawsze gotów był grać. To było priorytetem dla niego. W każdym razie Sly był przemęczony i nie palił się do grania. Po zameldowaniu w hotelu został w swoim pokoju, a myśmy zeszli do klubu. Usiedliśmy tam i czekali i czekali... W okolicy pierwszej w nocy ludzie zaczęli popatrywac na siebie. W okolicy drugiej zaczęły się narzekania. Siedzieliśmy tak, aż do zamknięcia klubu, około czwartej rano. Pojechałem do domu, ale nie poszedłem do łóżka. Przesiedziałem tak parę godzin. Jakoś straciłem rachubę czasu. Zadzwonił Eric Barret i powiedzial - Jimi nie żyje."


Mitch Mitchell "The Hendrix Experience"


*] Badania w Londynie wykryły torazynę w organizmie Coxa. Prawdopodobnie ktoś wrzucił mu ją do drinka. Ten lek, stosowany w leczeniu psychoz, jest bardzo niebezpieczny w połączeniu z alkoholem.


**] W Altamont, Rolling Stones sami zaprosili Hell's Angels, jako ochroniarzy. Fakt, że później musieli uciekać do helikoptera.


Myślę, że znowu we wspomnieniach ostatnich godzin Jimiego pamięć trochę Mitcha zawiodła, lub wkradła się tu pewna niejasność. Jimi nie czekał na Sly w Speaksy, choć faktycznie miał wielką ochotę z nim pograć. Był wtedy gdzie indziej. Po drugie Mitch zgubił jedną dobę.



Maj 1967. Mieszkanie Chasa i Jimiego. Dzień prania dla Noela. Mitch był Londyńczykiem. Jimi mieszkał z Chasem. Noel wynajmował wówczas jakiś pokoik i jak opowiada Mitch, gdzieś wszak te jeansy musiał czasem wyprać. Bardzo lubię to zdjęcie. Mitch z gitarą.


Od początku 1967 roku zespół pracował bardzo solidnie. Dawali sporo koncertów, a czas między koncertami spędzali w studio, pracując nad pierwszym albumem. Niektóre kawałki, np "Third Stone From The Sun" miały podstawy już z końcem 1966, gdy zaczynali pracę w Olimpic Studio na Kings Way, w Londynie. "Trzeci kamień od słońca" jest najbardziej ambitnym utworem na "Are You Experienced", ale tworzenie takich arcydzieł nie było zamierzeniem Chasa. Album miał być przebojowy.




Ze wspomnień Mitcha:


"Pomimo sporej ilości eksperymentów w studio, album "Are You Experienced" jest głównie płytą koncertową. Większość piosenek zrobiliśmy live. Niektóre z nich, jak "Manic Depression" czy "Third Stone From The Sun" stały się podstawą przyszłych koncertów. Jest kilka kawałków w pełni studyjnych, na przyklad "Remember" czy "May This Be Love" ale, z całą szczerością, były zapchaj dziurami i nie chcieliśmy ich zagrać na scenie. Na prawdę byliśmy już wtedy zespołem. Jimi miał pomysły na akordy i strukturę. Pisał piosenki. Jeżeli chodzi o strukturę rytmiczną, wszystko to zostawiał mnie. Noel też mógł decydować, choć później po latach, zaczął narzekać, że nie czuł się komfortowo i nigdy nie chciał, by mówiono mu co i jak ma grać. Ja pamiętam, że wszystko to było bardzo elastyczne. Jimi mówił: to jest droga, którą idzie piosenka. To są moje notatki, dostępne zawsze, ale jeśli chodzi o strukturę, możesz grać cokolwiek chcesz. Bardzo niewiele piosenek pozostało na taśmach z tych nagrań. Praktycznie prawie nie było różnych wersji czy odrzuconego materiału. Tak musieliśmy pracować. Nacisk na nas był nieprawdopodobny. Składał się na to koszt pracy w studio, fakt, iż dawaliśmy wtedy mnóstwo koncertów, i nieustające popędzanie przez managerów. Okazało się, że jest jednak kilka piosenek, o których całkiem zapomniałem i teraz mocno mnie zaskakują. Usłyszałem je dwa lata temu. Brzmią bardzo surowo, ale polubiłem je i mam nadzieję, że kiedyś ujrzą światło dzienne. Te kawałki, które usłyszałem, to wyłącznie kompozycje Hendrixa, chociaż słyszałem pogłoski, że zrobiliśmy wtedy studyjną wersję "Like A Rolling Stone". Ja tego nie pamiętam, ale nie wykluczam. Mogliśmy się próbować z tym w jakimś wczesnym stadium. Hendrix był wielkim fanem Dylana i zawsze starał się mnie tym zarazić, a i Olimpic Studio było miejscem sprzyjającym eksperymentom. Od początku pracy w Anglii, dla Jimiego bardzo ważne było to, iż mógł poznać muzykę takich ludzi jak Jeff Beck. Gitarę Jeffa kochaliśmy obydwaj. To pod jego wpływem zaczęliśmy używac fuzz-boxa w angielskich studiach. De facto, z początku nie wiedziałem, których gitarzystów Jimi ceni. Nie wiedziałem, że zachwyca się, mało wtedy znanym, Peterem Greenem. Green był wtedy jednym z tych niewielu gitarzystów, który zasłużył na szacunek Jimiego. A on nigdy nie powiedział, że przeżył szok, gdy usłyszał Hendrixa. Jimi zawsze był otwarty na nowe rzeczy i wiele razy przyznawał, że wiele się nauczył od angielskich gitarzystów. Ale inni nie mniej nauczyli się od niego. Mnie nauczył bardzo wiele. Od początku nauczył mnie jak słuchać bluesa takiego, jakiego grał Robert Johnson. Ja byłem bardziej zorientawany na bluesa w jazzie i takich muzyków jak King Pleasure czy Mose Allison. Poznałem w Londynie Muddy Watersa i kilku innych bluesmanów, ale Hendrix pokazał mi też inną muzykę i wiele mi o niej powiedział. Gdybym był takim bluesowym angielskim purystą, jak na przykład John Mayall, pewnie by mnie nie przekonał. Ja jednak zrozumiałem, że ta muzyka to życie Jimiego, więc go słuchałem. A Jimi robił to bardzo delikatnie. Nigdy niczego nie narzucał. Właściwie tylko wskazywał kierunek. A też to wszystko było wzajemne. Mówiłem: Jimi, posłuchaj tego i puszczałem kawałek Rolanda Kirka, Milesa Davisa czy Coltrane'a. Tak to wygladało.

Z Noelem to była zupełnie inna bajka. Można było usłyszeć jedynie "słyszałeś najnowszy kawałek Small Faces?" Przez wszystkie te wspólne lata Noel woził ze sobą dwa albumy. Jeden Small Faces i jeden The Byrds. Woził też przenośny gramofon i na okrągło słuchał tych płyt. W hotelu zawsze wiedzieliśmy gdzie mieszka, bo z jego pokoju zawsze brzmiała ta sama muzyka. Tylko ta muzyka przez wszystkie wspólne lata."


Mitch Mitchell "The Hendrix Experience"


Złota płyta



Po marcowych sesjach nagraniowych w nowojorskim Record Plant, Jimi wyruszył w trasę "Cry Of Love". Między 8-mym kwietnia a 10-tym maja (1970r.) zespół dał dziesięć koncertów. Koncert który zespół dał, 25 kwietnia, w Los Angeles Inglewood Forum był przyjęty entuzjastycznie i miał znakomite recenzje. Zespół zagrał "mieszankę" starych, znanych hitów i kawałków z najnowszego repertuaru, z "Band of Gypsys". Billy Cox wspomina: " Te stare kawałki były nowe dla mnie. One były stare dla Jimiego i Mitcha, ale ja wniosłem mój świeży smak swoim basem i im się to spodobało. Byli zadowoleni." Koncert z Los Angeles Forum stał się powszechnie znany już po śmierci Hendrixa, gdy amatorskie nagranie któregoś z widzów ukazało się na dwu płytowym bootlegu. Ten bootleg doczekał się kilkunastu różnych wydań, jednak żadnego z nich nie można uznać za w pełni legalne. Los Angeles Forum, które jest głównym właścicielem praw do tych nagrań, nigdy nie zalegalizowało żadnej edycji. Trochę zadziwia mnie powoływanie się na licencję Michael Jeffery Estate widniejące na moim egzemplarzu.




Cox faktycznie wniósł "świeży smak" swoim basem. Billy znał Jimiego sporo lat i łączyła ich zażyła przyjaźń. Ale i z Mitchem dogadał się świetnie. Fragment wywiadu, którego Billy udzielił w dziewięć miesiecy po dołączeniu do kapeli:

Billy Cox: "Mitch jest spoko [cool]. Nigdy nie stwarza żadnych problemów. Nigdy nie narzeka na nic. Uważa, że jego problemy to jego interes i nigdy nie wspomina o nich. Był zawsze wielki, wzajemny szacunek między nim a Jimim. Wszystko jest tylko muzyką, która jest wszystkim dla każdego z nas."


"Trzeci kamień od Słońca" - Dla mnie niezwykle fascynujący utwór Jimiego. Już o nim wspominałem. Nigdy nie przestanie mnie fascynować.

Pierwszą, bardzo podstawową inspiracją, był tu przebój Louisa Jordana "Ain't nobody here but as chickens". Jego, zdominowana przez saksofony, bluesowa kapela była bardzo popularna w Seattle w czasach gdy Jimi zaczynał przygodę z muzyką. Trzeba jednak sporo dobrej woli, by się tej inspiracji doszukać. Nagrany na płycie mocno spowolniony komunikat bardzo różnie brzmiał na koncertach.



"- Gwiezdna flota do statku zwiadowczego, proszę podać waszą pozycję. Over - Jestem na orbicie trzeciej planety gwiazdy zwanej Słońce. Over. - Myślisz, że to Ziemia? Over. - Potwierdzam. Da się zauważyć obecność jakiejś formy inteligencji. Over. - Myślę, że trzeba na to rzucić okiem."

Jimiego fascynowała fantastyka. Obraz świata jaki pokazywała science-fiction, wszelakie między planetarne wojny, wizyty UFO, a przede wszystkim nieodległy koniec Ziemi, Armageddon na wszelkie sposoby, miały duży wpływ na jego wyobraźnię i odczucia. Jimi odnosił się do fantastyki jako środka. Celem było wyraźne pokazanie tego jak widzi beznadziejność kondycji człowieka pozbawionego duchowych wartości. "Trzeci kamień" był pierwszym utworem, w którym Jimi nawiązał do fantastyki. Kolejnymi były: "South Saturn Delta" , "Valley of Neptun" czy nagrany na pośmiertnym albumie Crash Landing "Somewhere".



Vejlby Risskov Hallen, Arhus. 2 wrzesień 1970 rok


To ten koncert, którego Jimi nie był w stanie zagrać z powodu fatalnej kondycji fizycznej i psychicznej. Często natrafiam na informacje iż w ostatnich tygodniach życia Hendrix był przemęczony, zniechęcony i mocno depresyjny. Gdy przyjrzymy się jak wyglądało kalendarium muzyka, nie dziwi ten stan ducha artysty. Jimi pragnął pracować nad nowym materiałem a drastycznie napięty program koncertów nie pozwalał mu na to. Był też Hendrix perfekcjonistą. Chciał by wszystko dopracowane było doskonale, a zespół nie miał czasu na próby i przygotowanie materialu. Myślę, że gdy Jimi mówił Chandlerowi, iż potrzebuje menagera rozumiejącego muzykę, miał na myśli też rozumienie zasad jej tworzenia. Jeffery nie rozumiał, a też rozumieć nie chciał. To jego niebotyczna pazerność doprowadziła Hendrixa do takiego stanu.


Zobaczcie tylko jak wyglądały ostatnie tygodnie życia Jimiego:

28 sierpnia Jimi przylatuje ze Stanów do Londynu. 29-go ma cykl wywiadów a już 30-stego nocny koncert na Isle of Wight. 31-ego leci helikopterem do Southampton i bezpośrednio samolotem do Szwecji. Tegoż 31 sierpnia Jimi ma wywiad radiowy i zaraz potem koncert w Stora Scenen. Pierwszego września leci do Gothenburga, by dać kolejny koncert. Drugiego września lot do Danii i pechowy koncert w Arhus, a trzeciego koncert w Kopenhadze. Koncert skończył się nocą, a już czwartego września Jimi leci do Berlina, by tego jeszcze dnia dać wielki koncert w Deutshlandhalle. Piątego września Hendrix podróżuje pociągiem i promem na wyspe Fehmarn i szóstego występuje tamże na koncercie z okazji "Love and Peace Festival". Był to ostatni koncert w życiu Jimiego. Później jamowal jeszcze 16 września w Ronnie Scott's Club. Nie był to jednak oficjalny koncert. Jimi dołączył się do jamujacych muzyków po koncercie Erica Burdona z War. Moim zdaniem ostatnie wypowiedzi Hendrixa, sugerujące "wypalenie" artysty były skutkiem ogromnego wyczerpania oraz uniemożliwiania pracy przez koszmarnie pazernego menagera.




Tina Hendrix i Leon Hendrix [w środku jeden z fundatorów]. Tina i Leon sa filarami Jimi Hendrix Foundations i Jimi Hendrix Music Academy. Wszelkimi sposobami zdobywają fundusze na potrzeby fundacji i akademi muzycznej. Nie jest to proste, gdyż wszelkie prawa majątkowe i autorskie po Jimim są własnością Janie. Leon został w nieładny sposób ich pozbawiony, choć to on jest rodzonym i bardzo kochanym bratem Jimiego. To bardzo przykra historia i niezbyt mam ochotę się na ten temat rozpisywać.



Warto przeczytać wspomnienia Leona.

"Nie tracąc czasu, wskoczyłem na rower i popedałowałem cztery przecznice aż do mieszkania taty, żeby przekazać nowinę Busterowi. Właśnie brzdąkał na akustyku, gdy wpadłem przez drzwi i krzyknąłem: -W domu cioteczki jest Little Richard! - Zanim zdołał zrozumieć, wyciągnąłem go do wyjścia i posadziłem na jego rower."

Leon Hendrix "Oczami brata"


Na pierwszym planie Jimi


Leon przy pomniku brata w Seattle




"Historia życia jest szybsza niż mrugnięcie powiek. Historia miłości to witaj i żegnaj Dopóki nie spotkamy sie znów."















Ostatnie dni Jimiego, pomiędzy poniedziałkiem 14-stego września a czwartkiem 17-stego upłynęły na spotkaniach i rozmowach z przyjaciółmi, zakupach, oglądaniu koncertów i jamowaniu. Jimi miał też w tych dniach dwa istotne spotkania dotyczące rozwoju i dalszego przebiegu jego kariery. Były to wielogodzinne rozmowy z Chasem Chandlerem i Allanem Douglasem. Jimi szukał pomocy i rady u tych panów, gdyż obydwu darzył przyjaźnią i zaufaniem. Z Chandlerem spotkał się Jimi i spędził noc w jego londyńskim mieszkaniu. Mam sprzeczne dane na temat terminu tego spotkania. Chandler wspomina, iż Jimi przyszedł do niego w środę 16-stego września i że rozmawiali wiele godzin. Nie jest to prawdziwa data spotkania, gdyż tego wieczoru Jimi przybył do Ronnie Scottt Club. Wysłuchał tu koncertu War i jamował z nimi. Jak opowiada Eric Burdon, Jimi pozostał w klubie do końca, a w tamtych czasach Ronnie nigdy nie zamykał klubu przed drugą w nocy. Najbardziej prawdopodobne jest, iż Jimi spotkał się z Chandlerem 14-stego, w poniedziałkowy wieczór. Trudno ściśle ustalić przebieg zdarzeń w tych ostatnich dniach. Allan Douglas wspomina, iż Jimi przegadał z nim prawie całą noc, ale sam podaje dwie różne daty tego zdarzenia. Na pewno 17-stego, wczesnym przedpołudniem, Jimi odwiózł taksówką Douglasa na lotnisko Heathrow, skąd Allan odleciał do Nowego Jorku. Obydwaj, tak Chandler jak i Douglas, pamietają, iż Jimi zwrócił się do nich by pomogli mu i zajęli się jego sprawami buissnesowymi i managementem. Douglas pamięta, iż Jimi szukał dróg i sposobów by odciąć się definitywnie od Mike'a Jeffery. Rozmawiali też wstępnie o realizacji nowych projektów Jimiego, takich jak planowana współpraca z zespołem Gila Evansa. Douglas opowiada, iż rozmawiali o tym, czy kolejny album powinien być jedno czy dwu płytowy. Rozmowa dotyczyła też tego jak powinna rozwijać się i przebiegać dalsza kariera Jimiego. Reasumujac, spotkanie to było raczej przyjacielską rozmową i nie było mowy jeszcze o konkretnych działaniach menagerskich. Spotkanie z Chandlerem wyglądało nieco inaczej. Chandler, podobnie jak Mitch Mitchell, niedawno został ojcem i Jimi przyszedł by pogratulować rodzicom. Chandler opowiada, że Jimi bardzo lubił dzieci i zachwycał się jego synkiem. Początek spotkania Hendrix spędził z synkiem Chandlera na kolanach. Gdy malca ułożono do snu, panowie przystąpili do poważnej rozmowy. Tak wspomina ją po latach w programie TV- BBC Chandler:

"Siedzieliśmy i rozmawiali do drugiej czy trzeciej nad ranem. Hendrix powiedział, że czuje się nieusatysfakcjonowany tym, co zrobił w ciągu ostatnich piętnastu miesięcy, czyli od czasu naszego rozstania. On nie potrafił praktycznie poczuć i zrozumieć tego, co zrobił w tym czasie."


Pozwólcie, że resztę tego wywiadu streszczę.


Chodziło o to, że nie było płyty, która byłaby odzwierciedleniem wielu godzin spędzonych w studio. Mimo iż, jak opowiada Kramer, materiał zarejestrowany w tym czasie w Nowym Jorku wystarczyłby do zapełnienia trzech longplay'ów, Hendrix nie wyraził zgody na wydanie płyty. Ten materiał nie satysfakcjonował go i nie zaspokajał ani jego ambicji, ani kreatywnych kryteriów. Jimi testował w tej rozmowie Chandlera. Chciał się przekonać, czy może dostać takie wskazówki i pomoc jak dawniej. Oczekiwał pomocy od osoby rozumiejącej jego i jego muzykę. Jimi uważał, że sukces osiągnięty w przeszłości jest też zasługą Chandlera. Chandler opowiada, że postanowił pomóc Jimiemu. Powiedział: "no cóż, ja wracam jutro do Newcastle, ty lecisz w piątek do New York. Zabierz wszystkie taśmy z Electric Lady Studio i przywieź je do Londynu. Pójdziemy do studia, przyglądniemy się temu materiałowi i popracujemy nad nim."


Wspomnienia Chandlera uwiarygodnia Eddy Kramer. Opowiada, iż Jimi dzwonił do niego. Prosił, by przygotował wszystkie taśmy i zoorganizował czas tak, by móc przylecieć z Jimim do Londynu. Kramer przypomniał Jimiemu, iż są umówieniu w E.L. Studio za kilka dni i że wtedy mogą omówić sprawę nagrań. Jimi zgodził się na to. W tych dniach Jimi zajmował się też innymi sprawami. Piętnastego września przyleciała do Londynu Monika Danneman, którą Hendrix poznał w Niemczech 18 miesięcy wcześniej. Monika dowiedziała się, że Hendrix jest w Londynie i przyjechała by nawiązać z nim kontakt. Spotkali sie późnym popołudniem, we wtorek, 15 września. Monika twierdzi, że spędzała z Jimim cały czas, jednak opowieści znajomych i przyjaciół Jimiego przeczą temu. Wynika z nich, że Jimi unikał Moniki, a jej opowieści to w dużej części konfabulacje. Dannemann utrzymuje, że Hendrix zabrał ją tego wieczoru {15-tego} do Ronnie Scott Club, by zobaczyć War Erica Burdona. Jednak inni, w tym Eric Burdon opowiadają, że Jimi był jedynie w towarzystwie Douglasów i Devon Wilson. Podczas tego pobytu w klubie, Hendrix zaaranżował wspólne granie na następny wieczór. Środa była bardzo zajętym dniem dla Jimiego. Monika znowu utrzymuje, że Jimi nie rozstawał się z nią i znowu, jeśli wierzyć innym, nie jest to prawda. Hendrix był umówiony z Mitchem Mitchellem, Ericem Claptonem i innymi przyjaciółmi, by zobaczyć popołudniowy koncert Sly and Family Stone w The Liceum a później pojamować ze Sly'em w Speakeasy. Sly przyleciał na Heathrow tego dnia rano i bardzo był podekscytowany możliwością pogrania z Hendrixem. Mitch potwierdził mu, że Jimi przyjdzie do Speakeasy o siódmej wieczorem. Clapton opowiada, że spotkał się z Jimim na koncercie w The Liceum, ale później Jimi wybrał jednak wcześniej uzgodniony jam z Burdonem i War w Ronnie Scott.

Po opuszczeniu Ronnie, Jimi spotkał się z Douglasem i spędził resztę nocy na rozmowie z nim. Dannemann znowu utrzymuje, że spędziła cały kolejny dzień [czwartek 17-stego] z Jimim. Jednak Jimi całe przedpołudnie spędził z Douglasem, a później pojechał z nim na lotnisko. Po południu, kilka osób, w tym Kathy Etchingham, spotkało Jimiego samotnie spacerującego po Londynie. Wynika z tego, że Monikę spotkał dopiero wieczorem. Pozwolił się jej zawieźć na przyjęcie do przyjaciół [do londyńskiego mieszkania Douglasow] jednak do mieszkania jej nie zaproszono. Miał Hendrix spokój okolo dwóch godzin. Później Monika zawiesiła się na domofonie i nie ustępowała. Domagała się, by Jimi opuścił party. Trwało to kilka godzin, Hendrix najwyraźniej chciał już skończyć tą relację i prosił przyjaciół, by pomogli Monikę spławić. Jednak panna Monika najwyraźniej się zawzięła i w końcu, około trzeciej rano, Hendrix wrócił z nią do jej pokoju w Samarkand Hotel. Co tam się na prawdę wydarzyło, mogliby opowiedzieć jedynie Jimi Hendrix i Monika. W pokoju znaleziono trzy kartki zapisane przez Jimiego. Dwie z nich zawierały osobiste notatki Jimiego. Na trzeciej był tekst pokazany powyżej. Najprawdopodobniej był on pożegnaniem z Moniką. Z rozmów z przyjaciółmi wynika jasno, że Jimi chciał się definitywnie rozstać z Moniką i do Nowego Jorku nie zamierzał jej zabierać. Jestem przekonany, że ona sama wiedziała o tym, choć jej wersja jest całkiem inna. W wielu wywiadach Jimi mówił, że jego poezja jest zawsze bardzo osobista i czasem bardzo krępująca dla niego. Wiele tekstów, tak jak ten ostatni, mówi o aktualnym stanie "duszy" Jimiego.

Jimi Hendrix był w trakcie poważnych kroków i wielkich zmian w kształtowaniu swojej kariery.

Niestety stało się jak sie stało.

Z.L.


Dom, w którym mieszkał Jimi, a dwieście lat wcześniej Jerzy Fryderyk Haendel.




Obecnie klatka schodowa jest po remoncie a w domu kursuje też nowoczesna winda. Zachowano jednak fragment schodów z czasów gdy mieszkał tu Hendrix.



Muzeum i pokój Jimiego znajduje się na trzecim piętrze. Na drugim piętrze jest sklep z "Hendrixaliami" i fotogaleria. Zdjęcia są też na korytarzach i klatce schodowej. Plan muzeum.



Parę fotek z muzeum.






Pokój fonograficzny




Wszystkie płyty z kolekcji Jimiego są na takich tablicach opisujących kolejne longplaye.Orginalną kolekcję płyt Jimiego zakupiło muzeum w Seattle.


Pokój Jimiego.






Ostatnie spojrzenie na pokój Jimiego.







Kathy Etchingam, Noel Redding i Pete Toushend. Odsłonięcie tablicy (rok 1997)



Kilka płyt.


Bardzo długo szukałem tej płyty. W końcu ją mam.




Wartało szukać. Bardzo interesujący album. To faktycznie, zgodnie z tytułem, diamenty znalezione w śmieciach. Wszystkie utwory zagrane inaczej, niż którakolwiek z wersji słyszanych przeze mnie wcześniej. Niezwykła i bardzo bogata była kreatywność i wyobraźnia Jimiego. Album wydany przez tajemniczą wytwórnię "Midnight Beat" z Luxemburga. Pani Hendrix zarzucała im piractwo i jej prawnicy uganiali się za tą firmą. Z jakim skutkiem nie wiem. Ja tam do nich żalu nie mam, gdyż posiadam kilka bardzo ciekawych albumów Jimiego wydanych przez tą wytwórnię. Powyższy album to 46 płyta Jimiego w moich zbiorach. Sporo znakomitych płyt pochodzi od wytwórni pracującej na Hawajach i wydającej materialy z licencją Michaela Jeffery. Pomyśleć, że za życia Jimi wydał tylko cztery albumy.

Wracając do "Diamonds in the dust", nurtuje mnie kto w "Highway of desire" zagrał na harmonijce. Na opakowaniu dysku nie ma żadnej informacji na ten temat.


Wytwórnia "Pali Gap Records" jest dla mnie nader tajemnicza. Wydali ponad dwadzieścia pozycji z muzyką Hendrixa. Wiele z nich dwu, trzy a nawet pięcio dyskowych.




Pali Gap wydało nagrania studyjne, nagrania z jamów i sesji towarzysko prywatnych. Wydali też kilka płyt z kompletnymi koncertami, które nigdy wcześniej na płyty nie trafiły. Wydawnictwa zawsze ściśle limitowane [1000 egzemplarzy, każda płyta numerowana] i raczej drogie. W każdym wypadku powołują się na prawa autorskie i licencje Michael Jeffery Estate. Nie udało mi się niczego konkretnego o wytwórni dowiedzieć. To, czego dowiedziałem się prywatnie, wygląda tak nieprawdopodobnie, że nie zdobędę się na powtórzenie takich informacji. Na pewno prawa autorskie mają solidne podstawy, gdyż nie słyszałem by firma pani Hendrix wysunęła jakieś roszczenia w stosunku do nich.



Płyta jest instrumentalna. Jimi tu nie śpiewa. To nagrania studyjne z 1969 roku

1. Slow Version. Olympic Studio. Londyn. 14 luty {wszystkie nagrania 69 rok} czas 4.56 Jimi Hendrix - gitara Noel Redding - bas Mitch Mitchell - perkusja

2. Drone Blues Record Plant. Nowy Jork. 24 kwiecien. czas 8.29. Jimi Hendrix - gitara Billy Cox - bas Rocky Isaac - perkusja Al Marks - instrumenty perkusyjne [bardzo jazzowy klimat ma ten kawałek]

3. Ezy Ryder/Star Spangled Banner Olympic Studio. Londyn 14 luty czas 10.17 Jimi Hendrix - gitara Noel Redding - bas Mitch Mitchell - perkusja

4. Jimi/Jimmy Jam Record Plant N.Y. 25 marzec. czas 16.59 Jimi Hendrix - gitara. Dave Holland - bas [znakomity] Jim Mc'Carty - gitara Mitch Mitchell - perkusja

5. Jam 292. Record Plant. NY 14 maj. czas 5.22 Jimi Hendrix - gitara Billy Cox - bas Sharon Layne - fortepian. Mitch Mitchell - perkusja niezidentyfikowany muzyk - trąbka.

6. Trash Man. Olmsted Studios. Nowy Jork. 3 kwiecien. czas 7.23 Jimi Hendrix - gitara Noel Redding - ośmio [8] strunowy bas Mitch Mitchell - perkusja.

7. Message To Love Olympic Studio Londyn 22 luty czas 2.36 Jimi Hendrix - gitara.

8. Gypsy Blood. studio i data jak wyżej. czas 1.24 Jimi Hendrix - gitara

9. Valleys of Neptune guitar version. Ta sama sesja. czas 3.59 Jimi Hendrix - gitara

10. Blues Jam at Olympic. Olympic Studio Londyn 14 luty czas 5.10 Jimi Hendrix - gitara Noel Redding - bas Mitch Mitchell - perkusja.

11. Valleys of Neptune piano version. Olympic znowu ta samotna sesja z 22 lutego czas 3.05 Jimi Hendrix - fortepian!!!




Jeszcze jedna pozycja godna uwagi.



CD1 1. Lord I Sing The Blues For You And Me 10.38 2. Country Blues 10.46 3. Vilanova Junction Blues 27.35 4. Stray Blues 9.18

CD2 1. Voodoo Chile 8.49 2. Three Little Bears 12.32 3. Once I Had A Woman 4, Cherokee MIst/In From The Storm /Valleys Of Neptune 10.56 5. Hear My Train A Comin' 12.05

Serce Jimiego przepełniał blues. On uwielbiał pisać bluesa, grać bluesa, jamować z bluesmanami na bluesowych koncertach. Dopiero w ostatnich latach ta bluesowa strona jego muzyki została dostrzeżona i doceniona, a tutaj macie 9 świetnych przykładów bluesowej inspiracji. "Lord I sing the blues for you and me" był często wykonywany przez Jimiego na koncertach, lecz pełna, skończona wersja nie ukazała się wcześniej na żadnej płycie. "Country blues" jak w tytule, kapitalny mix bluesa i country. Bardzo relaksujący. "Vilanova Juncion" była powszechnie znana jako coda zamykająca "The Star Spangled Banner" na Woodstock. Nareszcie możemy poznać jak niezwykły to utwór w elektryzującej, trwającej prawie pół godziny wersji. Trudno mi rozgryźć tajemniczy powód, który kazał ukrywać to cudo przez czterdzieści lat. "Stray blues" zamykający pierwszy dysk, pozwala dostrzec jak Jimi uwielbiał jamować. Dysk drugi otwiera i zamyka Hendrixowski blues. To studyjna, nagrana z Stevem Winwoodem wersja "Voodoo Chile" i znakomity koncertowy "Hear my train a comin". Między nimi trzy kawałki zawierające w sobie sześć piosenek. Pokazują z jak niezwykłą lekkością potrafił Hendrix "przebiegać" z jednego tematu na drugi. Jowialny "Three little bears" przechodzi w relaksujący "South saturn delta". Kolejny, "Once I had a women" zawiera kilka bardzo interesujących bluesowych zagrywek. Montaż trzech songów "Cherokee mist/In from the storm/Valleys of Neptune" to majstersztyk. Zawiera elementy bluesa, jazzu, country, soulu i rocka. Tylko Hendrix mógł tak sprawnie uczynić je całością.



1."Keep on Grooving" – 28:05 2."Jungle" – 9:04 3."Room Full of Mirrors" – 5:53 4."Strato Strut" – 4:38 5."Scorpio Woman (Morning Symphony Ideas)" – 21:41 6."Acoustic Demo" – 1:08

Bardzo interesująca płyta. Cztery kawałki nagrane w Record Plant New York, późną jesienią 1969 roku [miksowane przez Kramera w Los Angeles w maju 2000]. "Scorpio Woman" to nigdy nie publikowany kawałek z koncertu w Maui, sierpień 1970. "Acoustic Demo" to domowe nagranie z mieszkania Jimiego w Nowym Jorku, przetransferowane z taśmy magnetofonowej przez George'a Marino w kwietniu 2000.


Tak tą płytę ocenił mój przyjaciel. Świetny dziennikarz i znakomity "Hendrixolog" Zdzisław Pająk:


"....słucham już po raz trzeci - świetnie się jej słucha. Ma wprawdzie charakter jamu, jak większosć niepublikowanych płyt, ale są na niej bardzo interesujące chwile. W "Keep on Groovin'", np wspaniały moment z "Angel", jest też riff z "Bolera"; w "Jungle" - są momenty z "Ezy Rydera" i "South Saturn Delta" a wstęp przypomina mi (trzy nuty) "House of the rising sun". Bardzo ciekawe jest "Strato Strut" (świetny bas, zastosowana bluesowa metoda call & response) a "Scorpio Woman" - powala mnóstwem pomysłów: są tam piękne unisona, delikatna gitara przypominajaca mi melodycznie "Maybe this love", są harmonie jak z klasyki (widać, że Jimi był wtedy zafascynowany Beethovenem i Bachem) jest flamenco. "Acosutic demo" - to zaledwie pomysł kilku akordów, szkoda, że tylko tak krótki...

Nie napisałem o "Room full of mirrors" - trochę mnie rozczarowała, znam lepsze wersje. A wracając do "Scorpio woman" - Jimi napisał tę piosenkę dla Melindy Merryweather, która stwierdziła wtedy (lipiec/sierpień 1970) - jeśli otworzysz się na wszechświat i pozwolisz, aby muzyka przepłynęła przez ciebie i cię calkowicie pochłonęła - będziesz grał jak Jimi... Myślę, że w tym, obok pewnej egzaltacji, dużo było racji - muzyka Jimiego była tak inna od ówczesnej muzyki rockowej i jazzu, że słuchając tej płyty mam wrażenie, iż rzeczywiscie pochodziła nie z tego świata... "


Zdzisław Pająk


Jimi i Melinda Merryweather. Maui na Hawajach. Sierpień 1970. Zdjęcie fatalne, ale lepszym nie dysponuję. Melinda urodziła się pod znakiem skorpiona.



Wiedziałem, iż przed Woodstock w domu wynajętym w Shokan, zespół nagrał mnóstwo materiału. Zastanawiałem się, gdzie podziały się taśmy. Podejrzewałem że zajumał je Michael Jeffery. Gdy zaczęły do mnie docierać płyty z wytwórni Pali Gap, okazało się, że miałem rację.




Manufactured under licence from Michael Jeffery Estate. Prawie cały dysk trzeci i połowa czwartego to nagrania z Shokan.




"The New Rising Sun" – 3:21 "Belly Button Window" – 3:34 "Stepping Stone" – 4:07 "Freedom" – 3:25 "Angel" – 4:18 "Room Full of Mirrors" – 3:09 "Midnight" – 6:01 "Night Bird Flying" – 3:46 "Drifting" – 3:53 "Ezy Ryder" – 4:08 "Pali Gap" – 4:42 "Message to Love" – 3:33 "Peace in Mississippi" – 5:22 "In from the Storm" – 3:39




W 1967 roku Alexis zaprosił Jimiego do jego Rhytm and blues show w BBC World Service. Jeff Griffin opowiada:.


"Formuła się zmieniła. Teraz już nie rekordujemy nagrań tak jak dawniej, kiedy rekordowaliśmy wszystko. Szkoda. Jedną z najlepszych rzeczy jakie pamiętam było to, co zrobiliśmy z Jimim Hendrixem. Pamiętam że kiedy mieliśmy już dwa kawałki, Jimi powiedział "Hej ludzie, chcę zrobić Hoochie Coochie Man i byłoby świetnie, gdyby zagrała w tym gitara slide". Alexis usiadł do tego z drugą gitarą i wyszło kapitalnie. Alexis i Jimi grając i rozmawiając byli jak dwaj starzy kumple. Świetna sprawa."

Alexis był narratorem w dwóch filmach o Jimim. W nakręconym w 1968 "See My Music Talking" i w nakręconym w 1973 przez Joe Boyda dokumencie "A Film About Jimi Hendrix".Niestety Alexis popadł w poważny konflikt z BBC i współpraca się skończyła. Alexis nie wyraził zgody, by te wspaniałosci ukazały sie na płycie w Anglii. Nagrania zaistniały najpierw, w bardzo okrojonej wersji, na wydanej w Stanach płycie "Radio One". Na szczęście osiągnięto kompromis i dzięki temu możemy słuchać znakomitej, dwu płytowej "The Jimi Hendrix Experience BBC Sessions".


Disc: 1 1. Foxey Lady 2. Alexis Korner Introduction - Alexis Korner 3. Can You Please Crawl Out Your Window? 4. Rhythm And Blues World Service - Alexis Korner 5. (I'm Your) Hoochie Coochie Man - Jimi Hendrix Experience, Alexis Korner 6. Traveling With The Experience 7. Driving South 8. Fire 9. Little Miss Lover 10. Introducing The Experience - Jimi Hendrix Experience, Alexis Korner 11. The Burning Of The Midnight Lamp 12. Catfish Blues 13. Stone Free 14. Love Or Confusion 15. Hey Joe 16. Hound Dog 17. Driving South 18. Hear My Train A Comin'

Disc: 2 1. Purple Haze 2. Killing Floor 3. Radio One 4. Wait Until Tomorrow 5. Day Tripper 6. Spanish Castle Magic 7. Jammin' 8. I Was Made To Love Her 9. Foxey Lady 10. A Brand New Sound 11. Hey Joe 12. Manic Depression 13. Driving South 14. Hear My Train A Comin' 15. A Happening For Lulu - Lulu 16. Voodoo Child (Slight Return) 17. Lulu Introduction - Lulu 18. Hey Joe 19. Sunshine Of Your Love


Płyta wydana w grudniu 2006 roku, przez firmę Janie Hendrix. To nagrania, z nowojorskiego Record Plant Studios, z lat 1969-70.



Dziesięciominutowy "Burning Desire" jest bardzo ciekawy, ale na prawdę fantastyczny jest ponad dwudziesto-minutowy, pełen kapitalnych improwizacji, 'Ezy Ryder'.




Pozycja, którą zdecydowanie warto mieć w swojej płytotece. Płyta z 2010 roku. Nagrania nigdy nie publikowane, lub znane, ale zagrane bardzo odmiennie.




Polecam ten album. Jest znakomity.




1. Hear My Train A Comin' 2. Born Under A Bad Sign 3. Red House 4. Catfish Blues 5. Voodoo Chile Blues 6. Mannish Boy 7. Once I Had A Woman 8. Bleeding Heart 9. Jam 292 10. Electric Church Red House 11. Hear My Train A Comin'


Jeszcze jedna płyta z bluesem w tytule:


Sześć utworów z koncertu w Nowojorskim Cafe Au Go Go z 17 marca 1968 roku i nagranie z jamu w Generation Club New York z 15 kwietnia 1968.

1. Everything's Gonna Be Alright 8:47 2. Stormy Monday Blues 8:24 3. Three Little Bears 15:54 4. Instrumental Jam I in D 6:19 5. Instrumental Jamm II in A 8:45 6. Little Wing 9:19 7. Blues Jam I 19:49



Nagrane w nowojorskim Scene Club marzec 1968 rok

Muzycy: Jimi Hendrix - voc, guitar Johnny Winter - rhythm guitar (?) wątpliwe Randy Hobbs - bass Randy Z - drums Jim Morrison - harmonica, vocal Buddy Miles - drums


I utwory:

1. Bleeding Heart 12:25 2. Red House 10:56 3. Wake Up This Morning And Find Yourself Dead 8:01 4. Tomorrow Never Knows 3:28 5. Uranus Rock 3:06 6. Outside Woman Blues 8:03 7. Sunshine Of Your Love 2:15 8. Morrison's Lament 3:31

Jak wspomina inżynier dżwięku Steven Paul ".....niewdzięcznie pracowało się z panem Morrisonem....."



Płyta z 2013 roku.





Świetny, sześcio-dyskowy album, który zadowoli każdego amatora dobrego rocka. To koncerty Jimiego w Winterland. 10,11 i 12 październik, 1968 rok. To tam Hendrix po raz pierwszy zagrał "Like a rolling stone" Boba Dylana.







"Both Sides of the Sky". Album miał premierę dziewiątego marca 2018 roku. Dla mnie bardzo interesujący. Starannie dopracowany przez Eddiego Kramera.






Jimi w puszce.